Kamera on-line

Sponsorem oraz operatorem transmisji jest GTnet - Internet - Telefon - Telewizja

Imieniny

25 Października 2014
Sobota
Imieniny obchodzą:
Bonifacy, Bończa,
Chryzant, Daria,
Inga, Kryspin, Maur,
Sambor, Taras,
Teodozjusz,
Wilhelmina
Do końca roku zostało 68 dni.
Liczba odsłon
mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDzisiaj777
mod_vvisit_counterWczoraj823
mod_vvisit_counterW tym tygodniu5327
mod_vvisit_counterW ubiegłym tygodniu3522
mod_vvisit_counterW tym miesiącu25699
mod_vvisit_counterW ubiegłym miesiącu39696
mod_vvisit_counterWszystkich605755

Czy szczepić dzieci?

 
Piątek, 10 października 2014 (02:06)

Gdy słyszy się o niemowlakach przechodzących gruźlicę po podaniu szczepionki przeciwko gruźlicy czy o maluchach, których rozwój – jak twierdzą rodzice – zatrzymał się po podaniu szczepionki MMR (przeciwko śwince, odrze i różyczce), u większość rodziców pojawiają się wątpliwości, czy aby na pewno szczepiąc dziecko, nie narażamy go na utratę zdrowia. Środowisko lekarskie dość zgodnie torpeduje tego typu postawy, przekonując, że szczepienia są bezpieczne, i co nierzadkie – ostentacyjnie lekceważy rodziców, ich pytania i obawy, które – jak pokazuje życie – nie są bezpodstawne.

– O efektywności i bezpieczeństwie szczepień ochronnych pisze coraz więcej ośrodków medycznych na świecie. W opublikowanej w 2011 r. pracy amerykańskich naukowców, którzy przeanalizowali przypadki z 34 krajów, zauważono, że im więcej szczepień otrzymują dzieci, tym wyższa jest śmiertelność w tym najmłodszym okresie życia – mówi dr Dorota Sienkiewicz, pediatra, specjalista rehabilitacji.

– Polskie dzieci otrzymują 24-26 dawek obcogatunkowych antygenów w szczepionkach, w tym dwie w pierwszych 24 godzinach życia. Jest to bardzo duże obciążenie dla niedojrzałego, rozwijającego się dopiero układu odpornościowego dziecka – dodaje lekarka. Szczepienie noworodków w pierwszej dobie życia przeciwko gruźlicy (szczepionką BCG zawierająca prątki bydlęce), a także przeciwko żółtaczce (WZW-B) to praktyka występująca głównie w państwach byłego bloku wschodniego.

Zajmująca się naukowo tematem powikłań poszczepiennych prof. Dorota Majewska, neurobiolog pracująca przez wiele lat w naukowych instytucjach w USA (na Uniwersytecie Missouri, Uniwersytecie Harvarda oraz w Narodowym Instytucie Zdrowia), podkreśla, że w krajach skandynawskich, gdzie jest najmniejsza umieralność niemowląt, szczepienia są dobrowolne, dzieci szczepione są od 3. miesiąca życia. W wielu państwach Europy w ogóle nie szczepi się noworodków lub szczepi się jedynie na WZW-B w sytuacji, gdy matka jest nosicielką wirusa żółtaczki. Austria, Belgia, Niemcy, Dania, Włochy, Islandia, Hiszpania, Holandia, Szwecja, Finlandia – to państwa, w których zaniechano szczepienia BCG.

– W 16 państwach europejskich szczepienia są dobrowolne, w 13 funkcjonują systemy odszkodowań, z czego pierwszy powstał już w 1963 roku, a w tej chwili powstaje kolejny w Czechach. To są zupełnie inne standardy niż u nas – wskazuje Justyna Socha ze Stowarzyszenia Wiedzy o Szczepieniach, które przybrało nazwę „Stop NOP”. NOP to skrót od „niepożądanego odczynu poszczepiennego”, jak oficjalnie określane są tego typu powikłania, nie zawsze sprowadzające się do opuchlizny w miejscu wkłucia czy podwyższonej temperatury. Pediatrzy w Polsce często nie potrafią diagnozować powikłań poszczepiennych – bagatelizują je lub mylnie interpretują. Powiększone węzły chłonne po BCG niejednokrotnie są odczytywane jako symptom choroby nowotworowej.

Według danych zaprezentowanych w „Analizie występowania niepożądanych odczynów poszczepiennych w Polsce w latach 2003-2012” (Magdalena Koperny, Małgorzata Bała, Katarzyna Bandoła, Michał Seweryn, Jacek Żak, Wojewódzka Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna w Krakowie), w latach 2003-2012 zarejestrowano systematyczny wzrost niepożądanych odczynów poszczepiennych. W 2012 r. było ich blisko trzykrotnie więcej niż w 2003 r. (521 przypadków w 2003 r. i 1500 w 2012 r.). W analizowanym okresie 2003-2012 nie zarejestrowano ani jednego zgonu, który mógłby być wynikiem wystąpienia NOP, natomiast w 2005 r. wystąpiły dwa przypadki posocznicy (jeden po szczepionce Infanrix oraz jeden po DTP), a w 2012 r. dwa przypadki wstrząsu anafilaktycznego po szczepionce Vaxigrip i Euvax B. Spośród wszystkich szczepionek najbardziej odczynowe były preparaty DTP, Tripacel i BCG, a w 2012 r. także szczepionka Infanrix. Doktor Iwona Paradowska-Stankiewicz, konsultant krajowy w dziedzinie epidemiologii, mimo składanych nam obietnic nie ustosunkowała się do argumentów środowisk walczących o „rozsądny” program szczepień.

Karolek miał szczęście

Syn Pani Marii po porodzie został normalnie zaszczepiony BCG i WZW-B. Gdy dziecko miało ok. 8 tygodni, podano mu planową szczepionkę DTPa + WZW-B + Hib. – Wtedy synkowi zaczął ropieć ślad po szczepieniu BCG. To już samo w sobie jest powikłaniem poszczepiennym, ale lekarze to lekceważą. Lekarka kazała mi robić okłady z sody i stwierdziła, że to kolejna szczepionka aktywowała BCG – opowiada pani Maria. Odczyn poszczepienny nie zmniejszał się. – U lekarza byliśmy w czwartek. W niedzielę Karol był wyjątkowo płaczliwy, niespokojny, a przy wieczornej kąpieli zauważyłam, że całe ramie i bark ma zajęty przez czerwony rumień – opowiada pani Maria. W nocy dziecko miało ponad 40 stopni gorączki. Wizyta u lekarza przyniosła szybką diagnozę: infekcja gruźlicza po szczepionce i skierowanie do szpitala. Karolkowi zaordynowano dwa bardzo silne przeciwgruźlicze antybiotyki, a z wysoką gorączką walczył przez kilka dni. Rodzicom przy wypisie powiedziano jednak, że zapalenie tkanek miękkich, do jakiego doszło, wokół miejsca zaszczepienia nie miało związku ze szczepieniem, a wywołała ją… matka, niewłaściwie pielęgnując bliznę po szczepionce BCG.

– Tak naprawdę mogło się różnie to skończyć. Karol jest zdrowy, ale od tamtego momentu nie szczepię dzieci – mówi pani Maria. To niestety nie jedyne powikłania poszczepienne, jakie przeszli z dziećmi. Starszy syn po szczepionce MMR (przeciwko śwince, odrze, różyczce) przestał mówić. Paweł poddusił się przy porodzie, więc od małego był pod opieką przychodni rehabilitacyjnej. Jako roczne dziecko pięknie wymawiał onomatopeiczne wyrazy, jednak jakiś czas po szczepieniu MMR mówił coraz mniej, aż w końcu jako dwulatek nie mówił nic. Wszystko się zatrzymało, nawet „kwa, kwa” i „brum, brum”. Zaczęła się wieloletnia praca z logopedą, na szczęście z pozytywnym skutkiem. – Lekarze przekonują, że powikłania zdarzają się raz na milion, ale tak jakoś wyszło, że dotknęły dwojga moich dzieci. Nie szczepię obecnie synów, bo bardziej boję się efektów szczepień niż chorób. Przejście świnki czy różyczki to naprawdę nie jest dramat – kwituje pani Maria. 

Niebezpieczne niedobory odporności

Kilkoro na 100 tys. noworodków rodzi się z wrodzonymi niedoborami odporności. To właśnie w przypadku tych dzieci istnieje wysokie ryzyko, że po podaniu szczepionki BCG zachorują na gruźlicę. Kilka lat temu wiele serc poruszyła historia niespełna półtorarocznego Kubusia, który zmarł po tym, jak zachorował na gruźlicze zapalenie opon mózgowych. Kubuś był dzieckiem, które urodziło się z wrodzonym brakiem odporności. Szczepionka BCG zaatakowała jego organizm, zamiast go uodpornić.

U noworodka trudno zdiagnozować stan odporności, nie prowadzi się w tym kierunku żadnych badań, dlatego lepiej odroczyć szczepienie, jeśli w najbliższej rodzinie występują deficyty odporności. Ze względu na niską odporność przeciw gruźlicy nie szczepi się wcześniaków urodzonych z wagą mniejszą niż 2000 g, oraz noworodków, jeśli matka jest chora na gruźlicę.

Tyle teoria, a życie przynosi często inne rozwiązania. – Spotykałam się w swojej pracy z wcześniakami, które mimo że miały zaburzenia oddechowe, metaboliczne, były szczepione BCG i WZW-B – wskazywała dr Sienkiewicz podczas jednej z konferencji poświęconej szczepieniom.

Córka pani Joanny urodziła się w 36. tygodniu i ważyła niespełna 2,5 kilograma. Została normalnie zaszczepiona BCG i WZW-B. Można jedynie retorycznie pytać, czy takie dziecko powinno otrzymać rutynowe szczepienia w pierwszej dobie życia. Trzyletnia dziś dziewczynka przez całe życie walczy z astmą i alergiami. Jako kilkumiesięczne dziecko dzień po podaniu w jednym dniu szczepionek 6 w 1 (w ramach szczepień obowiązkowych) i zalecanej na pneumokoki trafiła do szpitala z dusznościami. – Na taką zmasowaną dawkę szczepień namówiła mnie lekarka. Budziło to mój niepokój, ale przekonano mnie, że to rutynowe postępowanie. Szczepię córkę, ale teraz dziesięć razy się zastanowię, zanim zdecyduję się na konkretne szczepienie – podkreśla pani Joanna.

Profesor Majewska argumentuje, że skuteczność szczepionki BCG jest dyskusyjna, „ponieważ szereg badań pokazało, że nie chroni przed gruźlicą, a może nawet zwiększać zapalność na nią”. Inni lekarze wskazują, że choć BCG wykazuje niską skuteczność w zapobieganiu najczęstszej gruźlicy płuc, ma jednak znacznie wyższą skuteczność w zapobieganiu ostrym, ogólnoustrojowym postaciom gruźlicy jak właśnie gruźlicze zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych. 

Neurotoksyczna rtęć

– O tym, że szczepienia nie są w pełni bezpieczne, decydują także zawarte w nich dodatkowe toksyczne substancje takie jak: metale ciężkie (glin, rtęć), formaldehyd, antybiotyki, białka zwierzęce i wiele innych. Dlatego też w krajach rozwiniętych wycofano szczepionki zawierające rtęć – podkreśla dr Sienkiewicz.

Pozostająca autorytetem dla rodziców sceptycznych wobec szczepionkowej presji prof. Majewska prowadziła projekt badawczy Komisji Europejskiej na temat potencjalnej roli zawierającego rtęć tiomersalu w powstawaniu autyzmu. Badaczka, wspierając się również wynikami badań innych naukowców, twierdzi, że przyczynia się on do rozwoju autyzmu oraz ADHD u dzieci. Oponenci zarzucają jej nierzetelność i mylenie hipotez badawczych, a w medycznym świecie wokół tematu neurotoksyczności tiomersalu toczy się prawdziwa walka. Faktem jest, że rtęć w postaci tiomersalu była i nadal jest obecna w wielu szczepionkach niemowlęcych w Polsce, przede wszystkim przeciwko tężcowi i błonicy. Tymczasem dziecko szczepione zgodnie z obowiązującym kalendarzem szczepień obowiązkowych otrzyma w ciągu pierwszych siedmiu miesięcy życia 350 mikrogramów tiomersalu, a do 18. miesiąca życia kolejne 100 mikrogramów. Dawkę 50 mikrogramów otrzymuje się w pierwszej dobie życia.

Tiomersal to związek chemiczny o budowie podobnej do kwasu salicylowego, ale zawiera dodatkowo m.in. atomy siarki i rtęci. W 350 mikrogramach tiomersalu jest 175 mikrogramów rtęci. Pojedyncze dawki szczepionki zawierają jej najczęściej 25 mikrogramów. Tymczasem za bezpieczną uważa się dawkę 0,1 mikrograma w ciągu doby na kilogram masy ciała, czyli np. ważące 5 kg niemowlę może bezpiecznie otrzymać tylko 0,5 mikrograma rtęci na dobę. Tiomersal wprawdzie najczęściej dzieli się na inne substancje i atomy rtęci (w postaci tzw. etylortęci) są wydalane, ale w procesach tych mogą pozostać jony (kationy) rtęci Hg2+, które wydalają się z organizmu aż 120 dni. W tym czasie mogą m.in. przenikać do mózgu i dokonywać spustoszenia w organizmie. Rtęć jest silną trucizną zaburzającą praktycznie wszystkie procesy biochemiczne w organizmie. 

Milczą o powikłaniach

Profesor Majewska zauważa, że w Polsce „niepokój budzi bagatelizowanie powikłań poszczepiennych oraz oddanie nadzoru nad nimi w wyłączną gestię sanepidu, który – jak wiadomo – czerpie zyski z rozprowadzania szczepionek, więc jest obarczony konfliktem interesu”. Naukowiec zarzuca władzom, że w Polsce prawie nie gromadzi się dowodów powikłań poszczepiennych i że są one ukrywane przed społeczeństwem. „Jedyne publicznie dostępne dane dotyczące powikłań poszczepiennych znajdują się w amerykańskiej rządowej bazie danych VAERS, do której w ciągu 20 ostatnich lat zgłoszono prawie 400 tys. powikłań oraz ponad 5 tys. zgonów poszczepiennych. Ponieważ według ocen FDA (amerykańskiej Agencji Bezpieczeństwa Żywności i Leków), do bazy tej zgłaszanych jest zaledwie ok. 5% wszystkich przypadków powikłań, tzn. że w rzeczywistości mogło być ich 20 razy więcej” – wskazuje prof. Majewska.

Doktor Sienkiewicz w swojej praktyce coraz częściej spotyka dzieci z poszczepiennymi objawami niepożądanymi, z zaburzeniami mowy, zachowania, snu, rozwoju ruchowego, z chorobami neurologicznymi i reumatologicznymi. – Wielu lekarzy pisze także o tzw. chorobach autoimmunologicznych jako wyniku zaburzenia odporności po szczepieniach. Nie ma niestety dostępnych badań, które mogłyby potwierdzić związek choroby ze szczepieniem, dlatego podstawą rozpoznania jest związek czasowy objawów, które obserwują rodzice, z momentem szczepienia – wyjaśnia lekarka.

To, że taka jednostka jak „choroba poszczepienna” nie występuje w słowniku polskich lekarzy, potwierdza historia pani Anity, mamy pięciorga dzieci. Troje pierwszych dzieci szczepiła ona zgodnie z zaleceniami, wszystko się zmieniło, gdy trzecia córka tydzień po podaniu szczepionki na świnkę, różyczkę i odrę, zachorowała na różyczkę. Gdy wyszła z różyczki, właściwie natychmiast pojawiła się odra. Przez pół roku dziecko chorowało non stop, miało dużo wysypek, uczuleń, przestało rosnąć. Jednak żaden z pediatrów nie chciał dokonać wpisu do książeczki zdrowia dziecka, że różyczka i odra były efektem szczepień.

– Lekarze nie chcieli po prostu widzieć, że była to reakcja poszczepienna, choć było to oczywiste. Tę jakąś zmowę milczenia środowiska medycznego tłumaczy mi jedynie presja koncernów farmaceutycznych – zauważa pani Anita. Synów – ponadrocznego Franka i 3,5-letniego Szymka nie szczepiła w ogóle. Nigdy nie było konieczności, by podać im antybiotyk. Dodajmy, że chłopcy nie są trzymani pod kloszem i izolowani od potencjalnych źródeł infekcji. Mają trzy starsze siostry chodzące do szkoły i przedszkola, normalnie stykają się z dziećmi z osiedlowego placu zabaw. – Spotykamy wokół siebie wiele dziwnych historii i dramatów dzieci oraz rodziców ze szczepieniami w tle. Mamy sąsiadkę, której dziecko przez trzy miesiące rozwijało się prawidłowo, a po trzeciej dawce szczepień wykryto autyzm. Co interesujące, wtedy lekarze natychmiast kazali jej przestać szczepić dziecko. Ale oczywiści nikt nie powiedział wprost, że może to być jakiś efekt szczepień – opowiada pani Anita. 

Szczepić rozsądnie

Profesor Dorota Majewska zaproponowała zmiany w programie szczepień obowiązującym w Polsce, tak, by uczynić go bardziej bezpiecznym dla dzieci. Bo nie jest tak, że środowiska podejmujące dyskusję o szczepieniach fanatycznie przeciwstawiają się wszelkim szczepieniom. Chcą szczepić dzieci, ale tak, by nie wyrządzać im tym samym krzywdy. Profesor Majewska postuluje rezygnację ze szczepionek z tiomersalem, rezygnację ze szczepienia noworodków (z wyjątkiem sytuacji, gdy matka jest nosicielką WZW-B lub występuje zagrożenie gruźlicą w otoczeniu dziecka). W propozycji prof. Majewskiej dzieci powinny być szczepione od czwartego miesiąca życia, tak, by układ immunologiczny miał szansę się rozwinąć. Kolejny postulat to rezygnacja ze szczepień żywymi wirusami (przeciwko polio), a także z niosącej duże ryzyko powikłań szczepionki krztuścowej pełnokomórkowej. Dziecko – zdaniem neurobiolog – powinno mieć podawane maksymalnie trzy rodzaje szczepień w pierwszym dniu, a po każdym szczepieniu powinno być obserwowane pod kątem niepożądanych reakcji. Gdy w rodzinie występowały powikłania poszczepienne, alergie czy astma, program szczepień powinien być indywidualnie dobierany.

Kary do Trybunału

Dodajmy, że urzędnicy uznają, iż polskie ustawodawstwo przyznaje sanepidowi prawo do obciążania rodziców odmawiających szczepienia dzieci grzywnami wynoszącymi łącznie do 50 tysięcy złotych, w praktyce 300-500 złotych. Jak dotychczas, osoby odwołujące się od takich postanowień wygrywają w sądach, ale jak zaznacza Justyna Socha ze „Stop NOP”, sądy podważające postanowienia sanepidu odwołują się jedynie do błędów proceduralnych.

– Uważamy, że nakładanie kar na rodziców jest niezgodne z Konstytucją, prawami pacjenta, a także regulacjami europejskimi. Są orze- czenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, że przymus szczepień jest niezgodny z 8. punktem konwencji praw człowieka mówiącym o prawie do prywatności – zaznacza Socha.

Profesor Majewska będzie gościem październikowej konferencji katolickich lekarzy ginekologów w Wadowicach. – Wiedza o szczepieniach wśród rodziców w Polsce jest znikoma. Obecność na naszej konferencji prof. Majewskiej być może stanie się impulsem dla wielu osób, by zacząć dociekać prawdy o szczepionkach – mówi dr Marek Ślusarski, ginekolog-położnik, jeden z organizatorów sympozjum.

Beata Falkowska

Aktualizacja 11 października 2014 (11:45)

 

 

 

 

 





 

Plan unicestwienia Polski

 

 

 

Zniszczenie Polski jest na pierwszym planie. Celem naszym jest zniszczenie żywych sił nieprzyjaciela, a nie dotarcie do określonej linii. Nawet gdyby wojna wybuchła na Zachodzie, zniszczenie Polski musi być zasadniczym celem… Dam propagandzie jakiś powód dla uzasadnienia wybuchu wojny, mniejsza o to, czy wiarygodny. Nikt nie będzie pytał później zwycięzcy, czy mówił prawdę, czy nie. Przy rozpoczęciu i prowadzeniu wojny chodzi nie o prawo, lecz o zwycięstwo. Litość wykluczyć z serca. Postępować brutalnie!… Pierwsze zadanie: dotarcie do Wisły i Narwi. Nasza przewaga techniczna zniszczy odporność nerwową Polaków. Każda tworząca się na nowo żywa siła polska musi być natychmiast rozbita„ – tak niemiecki kanclerz Adolf Hitler tłumaczył generalicji Wehrmachtu cele przyszłej wojny z Polską, którą miał wkrótce rozpętać.

 

Nazajutrz, 23 sierpnia 1939 r., przyszła dobra wiadomość z Moskwy o podpisaniu paktu Ribbentrop-Mołotow. Stalin wznosił toast za zdrowie führera. Los Rzeczypospolitej był przesądzony.

 

Panowie i niewolnicy

 

 Dzięki uległości Wielkiej Brytanii i Francji Hitler realizował swoje marzenia w sposób ”pokojowy„, zajmując Austrię i Czechosłowację. Po nich przyszła kolej na Rzeczpospolitą, która stawiła opór, co zapowiadały słowa ministra spraw zagranicznych Józefa Becka z maja 1939 roku. ”Pokój jest rzeczą cenną i pożądaną. Nasza generacja, skrwawiona w wojnach, na pewno na pokój zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata, ma swoją cenę wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna: tą rzeczą jest honor„.

 

 Kilka dni później warszawski dziennik ”Gazeta Polska„ pisał: ”Jako Polacy nie możemy oddać Niemcom pełnej kontroli nad całym naszym dostępem do Bałtyku. Nie możemy pomagać własnymi rękami do zakładania sobie sznura na szyję… Chodzi po prostu o to, czy Europa ma być sprawiedliwie zrównoważoną wspólnotą wolnych i równych narodów, czy też organizacją, w której narody niewolników miałyby przyczyniać się do dobrobytu narodów panów„.

 

 W czasie, gdy ukazał się ten tekst, w Berlinie przygotowano już pierwsze listy proskrypcyjne Polaków mających trafić do więzień i obozów po wkroczeniu armii niemieckiej, obejmujące ponad 60 tysięcy osób. Na inteligencję, duchowieństwo, elity państwotwórcze, patriotyczne, weteranów powstań śląskich i wielkopolskiego, ziemiaństwo został wydany wyrok śmierci.

 

 ”Usuńcie wszystko, co nie jest niemieckie„

 

 ”Tylko naród, którego warstwy kierownicze zostaną zniszczone, da się zepchnąć do roli niewolników„ – przekonywał niemiecki kanclerz. I do takiego poziomu – po dokładnej selekcji rasowej – miała zostać sprowadzona reszta Narodu Polskiego.

 

Zbliżająca się wojna miała być bezlitosna. Tego zresztą żądał Hitler od swoich oddziałów SS, którym rozkazał ”zabijać bez litości i pardonu mężczyzn, kobiety i dzieci polskiego pochodzenia i polskiej mowy„. Od pierwszego dnia kampanii polskiej we wrześniu 1939 roku towarzyszyły niemieckie zbrodnie: naloty lotnictwa na bezbronne miasta, rozstrzeliwania ludności cywilnej, jeńców, palenie wsi, miasteczek… Każdej z dokonującej agresji armii Wehrmachtu towarzyszyły Einsatzgruppen – policyjne formacje – stanowiące aparat terroru z rozkazami eksterminacji ”warstw kierowniczych„, duchowieństwa oraz mniejszości żydowskiej. Poza masowymi egzekucjami przejmowały obiekty przemysłowe, administracyjne, archiwa, biblioteki, organizowały władzę policyjną na okupowanych terenach, rozpracowywały partie i wszelkie polskie organizacje czy instytucje, tworzyły sieć agentów.

 

Już po rozpoczęciu agresji na Polskę powołano ochotniczą milicję Volksdeutscher Selbstschutz, przejętą wkrótce przez SS. Na Pomorzu i w Prusach Wschodnich dowodził nią adiutant szefa SS Heinricha Himmlera, Ludolf von Alvensleben, wsławiony niezliczonymi okrucieństwami. Alvensleben organizował pokazowe egzekucje przypadkowych, niewinnych ludzi i osobiście dobijał skazanych strzałami. Do swoich podwładnych mówił: ”Jesteście teraz rasą panów. Niczego nie zbudowano łagodnością i słabością… Dlatego oczekuję, tak jak oczekuje tego od was nasz Führer Adolf Hitler, że będziecie zdyscyplinowani i razem staniecie się twardzi jak stal Kruppa. Nie bądźcie łagodni, bądźcie bezlitośni i usuńcie wszystko, co nie jest niemieckie i co mogłoby przeszkodzić nam w procesie tworzenia„.

 

 Elity ”unieszkodliwić„, resztę ”uciemiężyć„

 

 Na początku września 1939 roku w Berlinie szef służby bezpieczeństwa i policji bezpieczeństwa Reinhard Heydrich zwołał konferencję, na której dyskutowano o przyszłości okupowanych przez Niemców ziem. ”Dla Polski nie przewiduje się ustanowienia rządu jak dla Protektoratu, lecz utworzenie całkowicie niemieckiej administracji… Przodujące warstwy ludności w Polsce winny być w miarę możliwości unieszkodliwione. Pozostałe, niższe warstwy ludności nie otrzymają specjalnych szkół, lecz zostaną w jakiejś formie uciemiężone… Problem, co zrobić z więźniami, przysparza trudności. Zdecydowano, że przodująca warstwa, która w żadnym wypadku nie może pozostać w Polsce, będzie przewieziona do niemieckich obozów koncentracyjnych, natomiast dla niższych utworzone zostaną na zapleczu grup operacyjnych, w pobliżu granicy, prowizoryczne obozy koncentracyjne…„.

 

 ”Przodujące warstwy„ miały zostać unicestwione. Tylko we wrześniu 1939 roku w egzekucjach Niemcy wymordowali blisko 20 tysięcy Polaków, do wiosny 1940 roku liczba ta zwiększyła się do 50 tysięcy. Tyle też zesłano do obozów koncentracyjnych, skąd wrócili nieliczni. Jednocześnie do Rzeszy włączono byłe województwa: śląskie, poznańskie i pomorskie, oraz części województw białostockiego, kieleckiego, krakowskiego, łódzkiego i warszawskiego. Ziemie te miały zostać całkowicie zgermanizowane przy użyciu wszelkich bezwzględnych metod, m.in. w Okręgu Rzeszy Poznań, nazwanym później Krajem Warty, poza bestialskimi mordami rozpoczęto wysiedlenia Polaków. Do końca okupacji ze swoich domów wypędzono tam 860 tysięcy osób, a w ich miejsce sprowadzono 750 tysięcy Niemców z Rzeszy i innych państw.

 

 Uświadomić Polakom, że nie mają perspektyw

 

Z ziem niewcielonych do Rzeszy utworzono Generalne Gubernatorstwo. Rządy w nim objął Hans Frank rezydujący odtąd na Zam- ku Królewskim na Wawelu. Na konferencji dowództwa Wehrmachtu z Hitlerem ten wyjaśniał, jak widzi przyszłość GG: ”Należy zapobiec temu, aby polska inteligencja stała się warstwą kierowniczą. W kraju tym ma być utrzymana niska stopa życiowa, chcemy stamtąd czerpać tylko siłę roboczą„.

 

 Temu celowi była podporządkowana bezwzględna polityka Franka, mająca uczynić z Polaków zamieszkujących Gubernię jedynie ”niższych„, ”niewolników„. Mogli oni co najwyżej ukończyć cztery klasy szkoły powszechnej, opanować liczenie do 500 i umieć się podpisać. Stanowiliby wyłącznie bezwolną, posłuszną i wydajną siłę roboczą, pozbawioną wykształcenia i kultury. Dzieci wykazujące rasowe cechy miały być odbierane rodzicom, wysyłane do Rzeszy i zniemczane. Sam Hans Frank tłumaczył: ”Polakom należy umożliwić kształcenie się jedynie w takim zakresie, aby uświadomili sobie, iż jako naród nie mają żadnych perspektyw. W grę mogą więc wchodzić co najwyżej złe filmy, względnie takie, które obrazują wielkość i siłę Rzeszy Niemieckiej. Trzeba będzie w szerokim zakresie wprowadzić system głośników; będą one pełnić rolę swego rodzaju służby informacyjnej wobec Polaków„. 


Głośnik z rozkazami i hasłami dla Polaków

 

 Z kolei minister propagandy Joseph Goebbels, przeciwny organizowaniu sieci polskich teatrów, kin i kabaretów, ”aby nie przypominali sobie stale o tym, co utracili„, zaproponował, że w ”większych miastach i na rynkach zainstaluje się stałe głośniki, które w określonych porach nadawać będą wiadomości, rozkazy i hasła dla Polaków„. Polecił jednocześnie zlikwidować cały system informacji Polaków. W tym celu już we wrześniu 1939 roku wydano zarządzenie nakazujące konfiskatę radioodbiorników.

 

Szkoły wyższe zostały zamknięte, a seminaria duchowne, które zostały otwarte przez Wehrmacht, również postanowiono zlikwidować, gdyż – zdaniem gubernatora – są ”one jedynie inkubatorami nienawiści do Niemców„.

 

W listopadzie 1939 roku dwóch pracowników Urzędu do Spraw Polityki Rasowej NSDAP, Erhard Wetzel i Günther Hecht, przygotowało obszerny memoriał poświęcony traktowaniu ludności polskiej na okupowanych terenach. Wskazywał on, jak w dłuższej perspektywie doprowadzić do likwidacji podbitego Narodu. Zakładano, iż germanizacja ”nadających się do zniemczenia„ Polaków może potrwać nawet dwa-trzy pokolenia, a ci, którzy jej nie ulegną, zostaną ”wysiedleni„.

 

 Odebrać własność i zubożyć

 

Przede wszystkim postanowiono pozbawić nas własności i uczynić ubogimi. ”Polakom nie wolno być właścicielami przedsiębiorstw. Zostaną wywłaszczeni z ich dotychczasowej własności gruntowej i ziemskiej, także rolnej. Polakom nie wolno wykonywać samodzielnie jakiegokolwiek rzemiosła i nie wolno im być majstrami… konieczne jest, aby cała ziemia, także i ta, która znajduje się w rękach od dawna osiadłych Polaków, została wywłaszczona na korzyść niemieckich osadników. Polski rolnik traci w ten sposób podstawę egzystencji…„.

 

Podkreślano, iż nasze zarobki muszą być dużo niższe, a ”standard mieszkaniowy nie może bezwzględnie, nawet w przybliżeniu, osiągać poziomu niemieckich mieszkań robotniczych„. Większe grupy Polaków należy stłoczyć w ”osiedlach masowych„.

 

 Emigracyjne plany

 

 Zakładano doprowadzenie do zmniejszenia liczby Polaków na okupowanym terenie. W tym celu proponowano kilka rozwiązań.

 

 Autorzy zastanawiali się, czy ”ograniczenie urodzin wskutek gospodarczej nędzy„ nie będzie mogło być zwiększone przez emigrację. Rozważano ”niektóre państwa południowoamerykańskie„, ale pojawiały się wątpliwości, czy ”emigracja może w ogóle służyć interesom Rzeszy„, ponieważ ”każdy Polak, także prymitywny, będzie za granicą opowiadał o cierpieniach biednych, dręczonych Polaków w ojczyźnie w taki sposób, który ze względów politycznych należy brać pod uwagę. Z tego powodu wydaje się słuszne odrzucenie emigracji, biorąc pod uwagę tę rasowo-psychicznie ugruntowaną mentalność Polaków„. Planów emigracyjnych Niemcy nie zdecydowali się zrealizować, ale zadbali, by przestały się rodzić polskie dzieci, a starsi szybko umierali.

 

 Aborcja i homoseksualizm bez ograniczeń

 

 Zmniejszanie śmiertelności nie leżało w interesie niemieckiego okupanta, zatem jak stwierdzali Wetzel i Hecht: ”Opieka lekarska z naszej strony ma się ograniczyć wyłącznie do zapobiegania przenoszeniu się chorób zakaźnych na teren Rzeszy„. Natomiast aborcja stała się w pełni dopuszczalna i zalecana, a homoseksualizm dozwolony. ”Wszystkie środki, które służą ograniczeniu rozrodczości, powinny być tolerowane albo popierane. Spędzanie płodu musi być na pozostałym polskim obszarze niekaralne. Środki służące do spędzania płodu i środki zapobiegawcze mogą być w każdej formie publicznie oferowane, przy czym nie może to pociągać za sobą jakichkolwiek policyjnych konsekwencji. Homoseksualizm należy uznać za niekaralny. Przeciwko instytucjom i osobom, które trudnią się zawodowo spędzaniem płodu, nie powinny być wszczynane policyjne dochodzenia„.

 

 Teatry i kina ”na jak najniższym poziomie„

 

 Na okupowanych ziemiach nie było miejsca na stowarzyszenia kulturalne, towarzystwa śpiewacze, krajoznawcze, zrzeszenia gimnastyczne i sportowe, związki socjalne, ”ponieważ łatwo mogą prowadzić do wytworzenia narodowej postawy u swych członków. Szczególnie zrzeszenia gimnastyczne i sportowe służą także podniesieniu fizycznej tężyzny ludności, czym nie jesteśmy wcale zainteresowani„.

 

 Zakładano uderzenie w instytucje służące podtrzymaniu narodowej tożsamości: szkołę i Kościół katolicki, instytucje kultury. ”Teatry, kina i kabarety z powodu ich wielkiego narodowego znaczenia powinny być utrzymane możliwie na jak najniższym poziomie… Produkcję książek należy jak najbardziej ograniczyć. Dzienniki i okresowo ukazujące się czasopisma powinny zostać ograniczone i nadzorowane; zaleca się dostarczanie im odpowiedniego materiału wyszukanego przez placówki niemieckie„.

 

 W szczegółowych rozporządzeniach z wiosny 1940 roku niemiecki okupant wykluczał z teatralnych scen poważne pozycje, zalecając, aby nie mieć żadnych zastrzeżeń przeciwko ”trywializowaniu i erotyzowaniu repertuaru„.

 

  Historia wykluczona, trochę rachowania

 

W szkolnictwie ”uniwersytety i inne szkoły wyższe, szkoły zawodowe, jak również średnie były stale ośrodkami polskiego szowinistycznego wychowania i dlatego z zasady powinny być zamknięte. Dozwolone będą tylko szkoły powszechne, mają one jednak uczyć tylko najbardziej podstawowych wiadomości, jak rachowanie, czytanie, pisanie. Nauka ważnych z narodowego punktu widzenia przedmiotów, jak: geografia, historia, historia literatury, jak również gimnastyka, jest wykluczona. Szkoła natomiast powinna przygotowywać do zawodów rolniczych, leśnych oraz niewykwalifikowanych zawodów przemysłowych i rzemieślniczych„. Zakładano, iż ”w przyszłości nie będzie już polskich szkół na polskich obszarach„.

 

Kościół dobrze byłoby zlikwidować

 

 Natomiast ”polska inteligencja musi w całości i niezwłocznie zostać wysiedlona na pozostały obszar„ – pisali autorzy, którzy pominęli fakt, iż w tym czasie tysiące przedstawicieli polskiej elity było już mordowanych na całym okupowanym obszarze, a pozostali trafiali do obozów koncentracyjnych, gdzie większość zmarła.

 

 Duży problem stanowił Kościół katolicki, gdyż ze względu na jego znaczenie w Narodzie ”słuszne byłoby w ogóle nie zezwolić„ na jego istnienie i zlikwidować polskie święta kościelne. Jednakże ”ludność jest zdecydowanie katolicka i tego rodzaju pociągnięcie mogłoby, być może, spowodować coś przeciwnego niż zniemczenie„. Lepszym sposobem byłoby dobranie księży ”o niemieckich przekonaniach„, a tacy mogliby ”osiągnąć prawdopodobnie znaczne sukcesy w zniemczeniu„.

 

Zabrakłoby lasów

 

 Powyższy plan był w następnych latach realizowany, towarzyszyły mu bezwzględne rządy terroru, o czym jawnie mówił choćby Hans Frank w słynnym wywiadzie z lutego 1940 roku: ”W Pradze np. wywieszono wielkie czerwone plakaty podające do wiadomości, że tego dnia rozstrzelano 7 Czechów. Powiedziałem sobie wtedy: Gdybym chciał przeznaczyć po jednym plakacie na każdych siedmiu rozstrzelanych Polaków, wówczas wszystkie lasy razem wzięte nie wystarczyłyby na wyprodukowanie dostatecznej ilości papieru…„. Mimo takich działań nie udało się Niemcom zamordować Polski. Czekała ją jednak kolejna okupacja – tym razem sowiecka i lata komunistycznego zniewolenia.

 

 

 

"Nasz Dziennik" - Dr Jarosław Szarek








Niezwykłe świadectwo wiary

 

Ks. kard. Philippe Barbarin apeluje o pomoc dla chrześcijan w Iraku, którzy pomimo prześladowań dają wspaniałe świadectwo wierności.

Hierarcha wraz z delegacją Episkopatu Francji wrócił właśnie z Iraku, gdzie pojechał zapewnić tamtejszych chrześcijan o solidarności francuskiego Kościoła. Na miejscu spotkał się z niewiarygodnym świadectwem wiary - podaje Radio Watykańskie.

- Wszyscy chrześcijanie zostali wygnani i to w sposób bardzo brutalny. Ogłoszono w meczetach, że za 48 godzin w Mosulu nie ma prawa znajdować się ani jeden chrześcijanin. "Mosul nie jest waszym miastem, wasz dom nie jest już waszym domem..." Chrześcijanie uciekają. Po drodze napotykają żołnierzy, którzy pytają się ich o wiarę, mówią, że mieli zostać muzułmanami. Wszyscy przyznają się do Chrystusa. Nikt nie wyparł się wiary. Kiedy pomyślimy, że Piotr zaparł się Jezusa w godzinie męki... Oni teraz przeżywają swoją pasję, a nie zaparli się. Ani jeden. Dla mnie jest to wprost niewiarygodne - mówi ks. kard. Barbarin.

Kardynał dodał, że ani jeden chrześcijanin w Mosulu nie został zabity. Zostali potraktowani bardzo brutalnie, ale nikt spośród nich nie zginął, podczas gdy wielu muzułmanów zostało dosłownie wyrżniętych.

 

 

Nasz Dziennik  2 sierpnia 2014



 

Pogoń za wiatrem

 

 


Wszystkim nowym okresom i epokom towarzyszą euforia, entuzjazm, parcie ku „ostatecznej” nowości. I to jest słuszne. To jest motor tworzenia i historii. Ale zawsze też występuje jakiś zakres głupiej pychy, zrywania z dorobkiem i mądrością wieków, przyjmowania samowystarczalności świata materialnego oraz odrzucania Boga i odwiecznej moralności. Dlatego święta Księga Koheleta z III w. przed n. Chr. chce otrzeźwić takich ludzi: „Ktoś o czymś powie: ’Patrz, to jest rzecz nowa!’. Ale to już wydarzyło się w dawnych czasach, które były przed nami” (Koh 1,10). Bo wszystko, co jest bez Boga, „jest pogonią za wiatrem” (Koh 1,17).

 Język „nowy”

 U nas pojawiła się pewna „nowość” języka po odkryciu taśm podsłuchowych. Ktoś mi opowiada: „Wiesz, przechodzę koło budki z piwem, a tam tłum brudasów brzydko bluzga. Ja do nich: ’Trochę kultury, panowie, przecież tędy chodzą dzieci i młodzież!’. A oni: ’Jak to? Posługujemy się przecież językiem, który został ratyfikowany przez ministrów i najwyższych urzędników. Pan jest zacofany!’”.

 Ale, młodzież! Podobno w jednym gimnazjum i liceum język, do tej pory „sprywatyzowany”, uzyskał prawa publiczne. Gdy jedna staroświecka „psorka” bardzo się wściekła, młodzież zagroziła, że doniesie na nią do kuratorium, że jest nielojalna wobec władzy, bo zabrania używania języka ministerialnego. Mamy tylko problem, jak do tej elegancji języka dorosnąć. I niektóre licealistki mówiły: „Szkoda, że – zapewne – rząd nie pozwoli już opublikować więcej takich rozmów, będą chyba najwyżej tylko delikatne omówienia, albo i tych nie będzie. Bo rząd oficjalnie ma bardzo dobry smak językowy, i choć jest bardzo tolerancyjny, to jednak tylko wobec swoich pochlebców i służących im”.

 A przecież i świat młodzieżowy robi się znany z nowego języka publicznego. Melchior Wańkowicz pisze w „Tędy i owędy”, że przed wojną w Wilnie z kolorowego języka byli znani dorożkarze, jednak ktoś ich mógł prześcignąć. Otóż pewien student podszedł do dorożkarza i zagaja: „Jedziesz pan do uniwersytetu? A ile to będzie kosztowało?”. Dorożkarz odpowiada: tyle a tyle. „To za drogo, jedź pan sam!”. Dorożkarz rozsierdził się bardzo i zaczął swój popis językowy. Ale student nie pozostał mu dłużny i sypnął wiązankę najpiękniejszego sortu. Dorożkarz aż gębę otworzył z podziwu. I zawołał: „Sadis, darmo powiozu!”.

 Jeszcze i inna nowość. Podobno korektorzy naszego języka polecili, ażeby zaniechać już powiedzenia przestarzałego „klnie jak szewc”, a wprowadzić wyższej klasy: „klnie jak minister”.

 Ale żarty na bok! Słowa człowieka, zwłaszcza wypowiedziane bez pozy, nie są jak pot, lecz wypływają z głębi osoby. Najwybitniejszy komediopisarz grecki, Menander (ok. 342-291 przed n. Chr.), napisał w „Thais” („Bandaż”), że „złe rozmowy psują dobre obyczaje”, co przytoczył i sam św. Paweł (1 Kor 15,33). Język – pisze św. Jakub – może być „ogniem, sferą nieprawości… Z tych samych ust wychodzi błogosławieństwo i przekleństwo. Tak być nie może!… Słone źródło nie może wydać słodkiej wody” (Jk 3,6.10.12). Jeszcze mocniej mówił Chrystus do kłamców: „Plemię żmijowe! Jakże wy możecie mówić dobrze, skoro źli jesteście. Przecież z obfitości serca usta mówią” (Mt 12,34). Oczywiście, chodzi tu nie o brzydkie słowa, lecz o brzydotę języka duszy. Pod jaką władzą jesteśmy!

 Etyka „nowa”

 Ale brzydota języka nie boli nas tak, jak „nowe”, „postępowe” poglądy moralne wielu, przeklinające etykę życia i sumienia, zwłaszcza nasilone we wściekłości przeciwko ludziom Deklaracji Wiary, broniącej autentycznej, ogólnoludzkiej moralności. Aż trudno uwierzyć, żeby tak postępowali normalni Polacy, choćby nawet czynili to niezbyt przytomnie, pozostając pod przemożnymi wpływami nierozumnych poglądów w licznych innych krajach. Jak wytłumaczyć wściekłą i niesprawiedliwą napaść np. na prof. Bogdana Chazana, dyrektora Szpitala Św. Rodziny w Warszawie, za to, że nie poddał się prowokacji, żeby abortować dziecko kobiety, która przyszła z innego szpitala, rzekomo nie wiedząc, że prof. Chazan nie czyni takich rzeczy. Chyba chodziło o to, żeby zniszczyć silny ośrodek nieaborcyjny.

 Jest bardzo przygnębiające, że tylu jest wrogów życia dzieci, całej kultury życia i że tworzą obłędne teorie etyczne w tej dziedzinie. Oto np. u nas pewien profesor z Komitetu Bioetyki PAN wyłożył niedawno swoją „nową” etykę. Mówi po prostu, że „czyste sumienie to wynalazek diabła”, co ma chyba oznaczać, że człowiek nigdy nie pozna, czy czyni dobrze, czy źle, albo też że czyn człowieka jest dobry i zarazem zły. Albo też, że są różne, nawet sprzeczne, etyki dobra i zła równoważne. „Nie zakładamy – powiada – że jest tylko jeden prawdziwy system etyki, czerpiemy z różnych tradycji etycznych”. Jak to możliwe? Czyżby można było czerpać jednocześnie z etyki ewangelicznej, hitlerowskiej, bolszewickiej, terrorystycznej, rasistowskiej, eugenicznej itp.? I dodaje, że Kościół „nie może decydować, który pogląd bioetyczny jest słuszny”, a premier Donald Tusk nie wprowadza etyki śmierci, bo „boi się Kościoła katolickiego”. Tymczasem nie ma „sumienia oświeconego” (przez Boga) i „nieoświeconego” – twierdzi profesor.

 Według tegoż profesora bioetyki, o etyczności czy nieetyczności decyduje prawo stanowione przez odpowiednią władzę. Chciałoby się zapytać, czy nie najlepsze jest stanowione przez Komitet Centralny partii, bo to władza zbiorowa i ideowa, zawsze „nowoczesna”. Autor nie boi się sprzeczności własnej, która niweczy sensy wypowiedzi i tak je ustawia na jednej i tej samej płaszczyźnie, że trzeba przyjmować pluralizm etyk i moralności, odrzucać jednak etykę „fanatyków”, obrońców życia, i wreszcie, że etyka ma być „indywidualna, bo indywidualne wartości nadają sens osobistemu życiu”. Autor był tu jednak łaskaw pomylić dorobek faktyczny życia z zasadami etycznymi. Normy etyczne są ogólne, a ich stosowanie jest indywidualne. A jeśli i normy treściowe etyki są tylko indywidualne, to już nie ma etyki prawdziwej, jedynie samoubóstwianie się.

 Autor wyjaśnia dalej, że „trzeba zaczynać od stanu faktycznego, a nie od poglądów (norm?) moralnych”. Czyżby sam czyn fizyczny stanowił zarazem o moralności, a nie jego zgodność albo niezgodność z normą etyczną? Byłby to jakiś fizykalizm, gdzie dobro fizyczne byłoby tym samym dobrem moralnym, np. udany napad na bank, a zło fizyczne byłoby tym samym złem moralnym, np. oddanie życia w obronie ojczyzny byłoby złem moralnym. Przecież nie ma moralności czysto fizycznej, lecz odnosi się ona z istoty swej do osoby ludzkiej jako takiej. Poza tym według profesora musi być nade wszystko „wolność moralna” i czasami trzeba podejmować „ryzyko moralne”. Trzeba to chyba tłumaczyć tak, że do każdej sytuacji mogę stosować wątpliwy system etyczny, czyli w razie wątpliwości, czy dana rodząca się istota jest człowiekiem, czy nim „jeszcze” nie jest, wolno podejmować „ryzyko” jej zabicia, jeśli np. dziecko matce przeszkadza. Jak można głosić taką etykę społeczeństwu! To właśnie niesławny lekarz obozowy Josef Mengele, członek SS, eksperymentujący na więźniach, także na dzieciach, nowe niebezpieczne leki, stosował „etykę ryzyka”: albo tę istotę zabiję, albo nie zabiję, ale ważniejsza ma być korzyść naukowa.

 Ale nie chodzi tu tylko o jedną osobę. Mamy całe grupy ludzi głoszących błędną etykę w dziedzinie życia. Ktoś mówi np., że „Chazan popełnił grzech, nie zabijając chorego dziecka”. Jest to, oczywiście, rodzaj kpiny z wierzących obrońców życia. Albo ktoś inny dowodzi, że prof. B. Chazan bierze pensję od państwa, a nie zabija, to tak jakby urzędnik skarbowy nie ściągał podatku, bo jest przeciwnikiem podatków. Tyle tylko, że lekarz jest zaangażowany przez państwo, żeby leczył i chronił każde życie, a nie zabijał, jak chcą ludzie bez sumienia. Jeszcze inni piszą, że trzeba Polskę uwolnić od Kościoła, który jest Wielkim Inkwizytorem, ścigającym zabójców dzieci, i trzeba ratować etykę przed klauzulą sumienia, która nie dopuszcza aborcji, i tak stworzyć państwo bez Boga i bez etyki kategorycznej. Niektórzy dodają jeszcze, że etyka niezabijania dziecka chorego lub z wadami jest nieludzka, bo dziecko narodzone będzie cierpiało. Jest to głupia perfidia, bo cierpi straszliwie dziecko zabijane, zwłaszcza po kawałku. Być może jest tu stosowana praktyka dobijania ciężko rannych żołnierzy, ale błędnie. I tak różnych takich i podobnych poglądów błędnych w dziedzinie etyki jest cała masa (por. np. ostatnio: „Gazeta Wyborcza”, 2.07; 4.07; 8.07; 10.07; 12-13.07.2014).

 Jest bardzo dla nas bolesne, że szlachetna kiedyś pani Hanna Gronkiewicz-Waltz, dziś prezydent Warszawy, ulegając obłędowi liberalnemu i chyba także tzw. Kościołowi otwartemu, stawia na pierwszym miejscu prawo stanowione, choćby i przez komunistów, a etykę „prywatyzuje”, czyli odnosi jedynie do życia prywatnego, usuwając ją z forum państwowego. Ludzie zdezorientowani lub przewrotni kryją swoją niemoralność pod tezą, że „nie zabijaj” wywodzi się jedynie ze światopoglądu religijnego, czyli tylko z wiary pozarozumowej, a nie z rozumu naturalnego, który przenika naturę człowieka i świata. Toteż usunęła prof. B. Chazana ze stanowiska dyrektora za to, że nie chciał zabić dziecka chorego, poczętego in vitro, co gorsza – zrobiła to z taką zaciekłością, że bez obowiązujących procedur i nielegalnie stworzyła haniebny precedens dla całego kraju, poparła całą siłą lobby finansowe proaborcyjne i popełniła winę cięższą może od matki owego dziecka, bo matka mogła być osłabiona psychicznie, a pani prezydent niejako promulgowała prawo i obowiązek zabijania dzieci w szpitalach państwowych, zresztą wbrew Konstytucji gwarantującej klauzulę sumienia i ochronę życia. Przecież zabijanie dzieci, poczynając od stanu embrionalnego, stanowi dziś najstraszniejszy antynatalistyczny przemysł zła, uzyskujący kolosalne dochody na całym świecie, żerujący na ludzkiej słabości. Jest to ekonomia szatana, „który był od początku zabójcą” (J 8,44).

 Czas „ohydy spustoszenia”

 Bywają czasy, kiedy przychodzi jakaś „ohyda spustoszenia” nie tylko w dziedzinie gospodarczej, ale także duchowej, moralnej i politycznej. Niestety, obecnie przychodzi taki czas i na Polskę.

 Pewien minister, który organizuje sprawy wewnętrzne naszego państwa, w chwili szczerości powiedział, że „państwo istnieje tylko teoretycznie. Praktycznie nie istnieje”. Oznacza to, że nasi władcy nie mają idei państwa polskiego, nie rozumieją dobra wspólnego, państwo zamienili w egoistyczną partię, która sprawuje władzę nad całością, ale tylko dla swojego dobra. Przy tym dochodzenie do takiej władzy jest w „złotym” słowie „demokracja” jakieś dziwne. Władze faktyczne są wybierane tylko przez niewielką część społeczeństwa, ale i ich wyborcy przeżywają często potem rozczarowanie: wybieraliśmy ludzi wspaniałych, uczciwych i zdolnych, a wybraliśmy faktycznie jakichś innych. Jak kobieta po ślubie: gdzie ja miałam oczy. Albo przypomina mi się przedwojenna gra jarmarczna, polegająca na zwodzeniu naiwnych. Szuler manipulował kartami o dwóch kolorach i wołał: „Czerwona wygrywa, czarna przegrywa”. I było widać, gdzie jest położona karta czerwona, stawiało się pieniądze na nią, a po odkryciu okazywało się, że jest ona czarna. Oczywiście, nie wszyscy przegrywali, bo od czasu do czasu wygrywali, ale… podstawieni. Zupełnie jak dzisiejsze media chwalące władze. Właśnie smutne jest to, że do wysokich stanowisk dostaje się za mało ludzi zdolnych, szlachetnych, no i z dojrzałą osobowością, zresztą szerzy się poglądy, że w polityce żadna moralność nie obowiązuje.

 Ponadto okazuje się, że i ci przez nas wybrani nie rządzą ani samodzielnie, ani dla dobra całej Polski. Wiemy, że ok. 70 proc. ustaw i norm pochodzi z Brukseli i większość z nich nie jest korzystna dla Polski, a niektóre są wprost idiotyczne, jak ostatnio zakaz wędzenia. Z kolei z naszych ustaw co trzecia czy czwarta jest wadliwa. Trzeba ją naprawić, ale ta nowa jest znów wadliwa i ją z kolei trzeba nowelizować i tak w nieskończoność. Brakuje po prostu inteligencji inżynierom „państwa prawa”, którzy sądzą, że życiem kieruje samo prawo bez człowieka o odpowiedniej osobowości, zwłaszcza ludzi pozytywnie moralnych i wierzących. Co gorsza, okazuje się, że i faktyczna władza krajowa jest często pod skutecznym naciskiem u nas albo „Salonu”, albo „Układu”, albo „Razwiedki”. I tak władza w Polsce jest też częściowo okradana czy rozkradana i wewnątrz kraju, i z zewnątrz przez Brukselę i sąsiadów.

             Coś dziwnego dzieje się u nas i z gospodarką pod różnymi rządami. Widzimy, że jest coraz gorzej. Większość naszych aktywów została sprzedana w obce ręce: banki, firmy, zakłady, niektóre kopaliny, dużo ziemi ornej, uzdrowiska i inne. Zniszczone są prawie wszystkie większe przemysły, hamowane są prace nad łupkami, upada energetyka, zakłady zbrojeniowe, brak zabezpieczeń antypowodziowych, spaprane drogi, chłopi muszą ciągle walczyć o poprawę swej sytuacji i o równe prawa. Dług publiczny wynosi już prawie bilion złotych, a sama obsługa długów sięga 42,6 mld dolarów za rok. Olbrzymie bezrobocie, wielka emigracja za chlebem itd. A rządząca partia głosi, że jesteśmy „przodującą” gospodarką UE. I cmokają z zachwytu służebni dziennikarze, nawet i wrogowie Polski. Jak to wytłumaczyć? A może to tylko propaganda i „pogoń za wiatrem”?

 Mnie obchodzi też bardzo sytuacja uniwersytetów, bo one kształtują myśl i świadomość społeczną. Ich funkcje są dziś ważne, bo wypracowują w dziedzinie humanistycznej światopogląd, koncepcje polityczne, gospodarcze i kulturowe, kształtują wyższe wartości i sensy społeczne. Tymczasem w tej kwestii jest wielkie ubóstwo w UE. Głoszenie, że dzisiejszy Polak – Europejczyk zostaje ubogacony takimi wartościami wiodącymi, jak: wolność (raczej dowolność we wszystkim), poszanowanie mniejszości i równość płci, jest bardzo ubogie treściowo i mętne. Po ostatniej rzekomej reformie życie i praca na uniwersytecie bardzo się pogorszyły: zamiast pracy naukowej i dydaktycznej tylko walka o pieniądz, żeby nie zbankrutować, tarcia, konflikty, kasowanie instytutów i katedr, usuwanie pracowników i profesorów, zamykanie wydawnictw i księgarni. A także terror w stosunku do pracowników naukowych. Na przyklad na jednym z polskich uniwersytetów zarządzono, że pracownik naukowy na humanistyce musi napisać 7 rozpraw naukowych w roku, a co dwa lata książkę. Przecież jest to ciężka choroba, tzw. liczbówka. Trzeba jeszcze dodać, że „reforma” zaleca, by w celu podniesienia poziomu sprowadzać z wykładami wybitne postacie z zagranicy. Jest w tym „wielka mądrość” ekonomiczna. Na przykład Uniwersytet Connecticut w USA zapłacił Hillary Clinton za jeden wykład 251 tysięcy dolarów, a za drugi wykład na Uniwersytecie Nevada Las Vegas prelegentka zażądała 225 tysięcy dolarów („Gazeta Wyborcza”, 10.07.2014). Może by ją zaprosić i na Uniwersytet Warszawski na koszt ministerstwa? Podniosłaby bardzo poziom naukowy. Oczywiście, doszłoby jeszcze jakieś kilkadziesiąt tysięcy dolarów za podróż. Jak mogli rektorzy i profesorowie polscy zgodzić się na taką „reformę”? Przecież to jest tylko pogoń za wiatrem.

 Ciekawe, że w krajach pokomunistycznych mimo odzyskania wolności są nawroty ciągot ku tamtym czasom. Jest to takie prawo historyczne wypiękniania przeszłości. Ale jeśli taka postawa przybierze formy żywe, to są patologiczne. Tymczasem u nas teraz znów i część społeczeństwa, i władze ukazują pewne elementy nostalgii za PRL. Władze robią się dyktatorskie, opozycji nie dopuszczają do niczego, a tylko wszelkie zło obecne zrzucają na rządy poprzedników, a jeśli są ważne zarzuty przeciwko nim, to odpowiadają jak przekorne dzieci: „Właśnie już przygotowujemy odpowiednie prawo, którego wyście nie zaprojektowali”. A faktycznie wszelkie projekty opozycji leżą latami w zamrażarce sejmowej. Działacze PRL są coraz częściej dopuszczani do wysokich stanowisk, chroni się pomniki morderców naszych sióstr i braci, blokuje się niekiedy badania nad szczątkami pomordowanych patriotów, czasami też ludzie, którzy działają i teraz na szkodę Polski, ale są powiązani z elementami zagranicznymi, otrzymują ordery. Prześladowane są ruchy narodowe jako „faszystowskie”, niweluje się Redutę Ordona w Warszawie, patriotyzm uważa się za skrajność, bywają nawet karane dzieci za wołanie na wiecu: „Bóg, Honor i Ojczyzna” (Hajnówka), poniżani są ludzie, którzy budowali Polskę po rozbiorach, jak Roman Dmowski, okrawa się budżet IPN, propaguje się wyraźnie ateizm, powraca się do niektórych tradycji PRL, niekiedy potępia się Powstanie Warszawskie jako antysowieckie itp.

 Ataki na kościół

 Obecnie narasta bardzo fala antykatolicka, już otwarta, atakująca świętości katolickie, Chrystusa, Kościół, duchowieństwo, zakony, etykę katolicką, tradycje religijne; sztuka i teatr oraz kino przeobrażają się chętnie w paszkwile na katolicyzm i na bluźnierstwa. Otwarcie praktykujący katolik miewa trudności z dostaniem stanowiska publicznego i z awansem, bywają bezkarnie niszczone symbole religijne i nagrobki na cmentarzach, nie są uwzględniane w mediach państwowych media katolickie. Choć pewien członek Ruchu Palikota w programie TVP nazwał wszystkich biskupów polskich złodziejami i terrorystami, to nikt mu nie zwrócił uwagi, nie było przeprosin ani sankcji, lecz po krótkiej przerwie człowiek ten nadal występuje niekiedy w TVP jako ważny „polityk”. Ludzie szerzący wielką demoralizację, bluźniercy, bezpodstawnie oczerniający katolika zawsze wygrywają w sądzie. Gdy ktoś ubliży potwornie Papieżowi, to nikt z nas nie może podać sprawy do sądu, musiałby upokarzać się osobiście sam Papież. Pewne czynniki publicznie chcą skonfliktować biskupów z Papieżem, naszych biskupów między sobą, duchownych z wiernymi i nie ma możliwości obrony. Kancelaria Prezydenta ocenzurowała referat ks. kard. Gerharda Ludwiga Müllera, prefekta papieskiej Kongregacji Nauki Wiary, gdyż głosił wyższość etyki nad prawem i wypowiedział się przeciwko aborcji. I takich, i podobnych rzeczy jest bardzo dużo. Nie znaczy to, żebyśmy nie dopuszczali dyskusji czy krytyki, ale niedopuszczalna jest w Polsce cała taka atmosfera chamstwa – żeby nie użyć jakiegoś innego określenia „ministerialnego”. Zachodzi obawa, że tacy ludzie nieczujący ani Polski, ani tradycji religijnej mogą się stać zarzewiem rozkładu całego społeczeństwa, a nawet mogą być wykorzystani przez obce siły w razie wielkiego konfliktu międzynarodowego, jak na Ukrainie.

 Oczywiście, jest też wielu defetystycznych katolików, którzy sądzą, że Kościół zmarnieje, jeśli nie pójdzie na pewien kompromis ze współczesną mentalnością laicką i nie przeobrazi się z nauczyciela wiary w dyskutanta, z przekaziciela zbawienia w pustą doktrynę socjologiczną. Ale ci ludzie są w wielkim błędzie. Każda epoka pomaga zrozumieć niektóre prawdy objawione, ale nie może tych prawd przeinaczać. Gdyby przeinaczała, to już dawno wiara byłaby tylko historią różnych wierzeń. Toteż katolicy winni rozwijać swoje prawdy autentyczne, szerzyć je i wcielać w życie z całą mocą. Każda bowiem silniejsza mentalność antyreligijna wywiera przez pewien czas swój wpływ negatywny. Na przykład i u nas po przystąpieniu do UE liczba katolików uczęszczających na Mszę Świętą w niedzielę spadła z 60 proc. do niespełna 40 proc., czyli o dwa miliony, i z tego 16,4 proc. przystępuje do Komunii Świętej. Niektórzy mówią, że frekwencję podniosłoby pójście Kościoła na kompromisy, zwłaszcza etyczne. Jednakże Kościoły chrześcijańskie pozakatolickie, które to zrobiły, szybko całkowicie marnieją, jak np. anglikanie, stają się prywatnymi stowarzyszeniami. Zdrada objawienia zabija Kościół.

 Kreśląc szkic obrazu Polski dzisiejszej, nie można nie wspomnieć jeszcze po raz któryś, że bardzo wielkim złem i wielką ciemnością jest tak szeroko rozpowszechnione zakłamanie: państwowe, polityczne, społeczne, gospodarcze, kulturowe i codzienne. W życiu każdej cywilizacji i każdego państwa zawsze było dużo zakłamania, ale dziś z powodu wielkiego rozwoju techniki komunikacji i możliwości działaniowych powstała niemal konieczna struktura kłamstwa w życiu zbiorowym. Niektóre ruchy społeczne i całe państwa dochodzą w kłamaniu do mistrzostwa. Często życie w prawdzie wymaga wprost heroizmu. Kiedyś strukturą kłamstwa państwowego były marksizm i bolszewizm, mieliśmy nadzieję, że dziś się istotnie poprawiło. Ale, niestety, i dziś znowu wraca komunikacja kłamstwa, zwłaszcza w życiu politycznym, moralnym i kulturowym. „Wielu bowiem postępuje jak wrogowie krzyża Chrystusowego […]. Ich losem – zagłada, ich bogiem – brzuch, a chwała w tym, czego winni się wstydzić” (Flp 3,18-19).

 ***

 Jednakże Bóg dał nam życie, drugich ludzi i piękny świat jako swoim dzieciom w drodze do Niego. I On jest Najwyższą Prawdą, a bez Niego wszystko popada ostatecznie w nieprawdę. „Bóg uczynił wszystko pięknie w swoim czasie, dał też naszym sercom pragnienie wieczności” (Koh 3,11). Ostatecznie zatem jedynie dążenie do Boga, do Boga Prawdy, Boga Miłości i Boga Sensu nie będzie „gonieniem za wiatrem”.

 Ks. prof. Czesław S. Bartnik

 

 

 

 


 















Medialna manipulacja widzem 

Piątek, 18 lipca 2014 (12:42) 

Debata o mediach 

Słowem, które najczęściej pojawia się w odniesieniu do sposobu oddziaływania mediów na człowieka jest „manipulacja”. Pod wpływem manipulacji osoba manipulowana nie zdaje sobie sprawy, że to, co traktuje jako prawdę, prawdą nie jest, a to, co uznaje za dobro, jest w rzeczywistości złem, i odwrotnie – co uznaje za fałsz lub kłamstwo, jest faktycznie prawdą, zaś to, co traktuje jako zło, jest dobrem.

W manipulacji nie chodzi więc tylko o odwrócenie porządku wartości, ale również o towarzyszącą temu niewiedzę, która działa jak znieczulenie, wskutek czego nie odzywa się żaden alarm, że coś jest nie tak. Manipulacja to coś więcej niż okłamywanie czy zwodzenie. I dlatego pełna manipulacja możliwa jest do osiągnięcia tylko dzięki mediom, ponieważ media dysponują odpowiednim zapleczem technicznym.

Zwodniczy pośrednik

  Media same w sobie nie mogą ze swej istoty stanowić o rzeczywistości. Są bowiem mediami, czyli dosłownie pośrednikiem (łac. medium), a pośrednik nie jest rzeczywistością. Jeżeli klasyczna definicja prawdy brzmi: zgodność wypowiedzi (sądu) z rzeczywistością, to gdy nie mamy dostępu do rzeczywistości, nie możemy też poznawać prawdy. Telewizyjny obraz jakiegoś zdarzenia może być bardzo plastyczny i sugestywny, ale jeśli naocznie nie zobaczę danego zdarzenia, to nie mogę wiedzieć, czy ono miało faktycznie miejsce, a więc czy jest to prawda, czy nie. W zasadzie więc, obcując z mediami, nie posiadam wiedzy, leczy tylko wierzę jakimś opiniom, które ktoś poprzez media mi przekazuje. Nie posiadam prawdy, a tylko czyjeś przekonania.

Skąd w takim razie płynie siła sugestii? Ona nie płynie z prawdy, ale z techniki przekazu. Najlepiej widać to na przykładzie telewizji. Przekaz telewizyjny bazuje na dźwięku i obrazie. W normalnych warunkach siła i jakość dźwięku nie są optymalnie dostosowane do naszego odbioru. Ludzie mówią szybko, niewyraźnie, czasem mówi też kilka osób naraz, a w tle słychać hałas. To sprawia, że słuchanie osób wypowiadających się może nie być przyjemne i dokładne. Tymczasem w telewizji lub w radiu dźwięk zostaje poddany takiej obróbce, że trafia do słuchacza lub widza w stopniu nieomal doskonałym: jest czysty i nic go nie zakłóca. I dlatego właśnie chce się go bardziej słuchać niż dźwięku rzeczywistego.

 Sztuczki obrazem


Podobnie jest z obrazem: w rzeczywistości może być tu za jasny, tam za ciemny, a tam niezbyt wyraźny, natomiast studio telewizyjne wypełnione jest dziesiątkami lamp i to tak ustawionymi, by zlikwidować najmniejszy nawet cień, a całość nagrywana jest dzięki współpracy kilku wartych nawet setki tysięcy dolarów kamer. Wszystko to sprawia, że również od strony obrazu przekaz medialny może być zdecydowanie łatwiejszy i lepszy w odbiorze niż świat realny. A to właśnie jest przyczyną, dla której bez odpowiedniej wiedzy i refleksji krytycznej możemy potraktować świat medialny jako bardziej rzeczywisty od świata realnego, a co za tym idzie, nasze pojęcie prawdy może zawisnąć w powietrzu. A wtedy prawda staje się łatwym narzędziem manipulacji ze strony tych, którzy posiadają odpowiednie narzędzia, takie jak dobre studio telewizyjne.

  Obok sugestywnego oddziaływania na zmysły, zwłaszcza zaś na wzrok i słuch, media potrafią silnie oddziaływać na emocje, takie jak strach lub pragnienie. Tu również olbrzymią rolę odgrywa sugestia dźwięku lub obrazu, ale w połączeniu z wyeksponowaniem, dzięki obróbce i montażowi, tego, co uczucia w nas porusza, np. intensywny krzyk, płacz, śmiech lub zdjęcie okrutnie zmaltretowanej ofiary. Doznając silnych emocji, możemy błędnie potraktować ich intensywność jako kryterium prawdy lub kryterium dobra. A tymczasem kryterium takim może być tylko stan faktyczny, czyli rzeczywisty, którego nie da się odczytać bez użycia rozumu i kontaktu z rzeczywistością. Przecież dzięki montażowi można krzyk jednej osoby „przenieść” do kogoś innego, a więc przypisać komuś innemu. I w ogóle montaż daje możliwość dokonywania najrozmaitszych operacji, których efekt będzie przeciwny do tego, który był punktem wyjścia. Tym bardziej więc uczucia powstałe na skutek oddziaływania mediów muszą być traktowane z dużą dozą nieufności, na pewno zaś nie mogą być kryterium prawdy.

 Spróbuj pomyśleć

Inną pułapką zastawioną przez media jest stopniowe, mówiąc kolokwialnie, „odmóżdżanie” odbiorców, czyli pozbawianie ich umiejętności samodzielnego myślenia. Choć człowiek z natury jest bytem myślącym, to jednak prawidłowego myślenia musi się nauczyć. Chodzi tu zarówno o proces tworzenia pojęć (abstrakcja), jak i sądzenia, a także rozumowania (wyciągania prawdziwych wniosków z prawdziwych przesłanek). Tego uczy logika, której jednak nie ma w programie edukacji. Dzięki temu media mają ułatwione zadanie, ponieważ większość z nas jako odbiorcy nie potrafi tworzyć poprawnych uogólnień ani wyciągać prawidłowych wniosków. Wskutek tego albo przyjmujemy wnioski bezkrytycznie, albo też dajemy się uwieść błędnym rozumowaniom zwanym sofizmatami.

Ten brak logiki w edukacji szkolnej przynosi straszne żniwo na poziomie intelektualnego niedorozwoju większości społeczeństwa. Jest ono łatwo podatne na medialną manipulację, jak również na propagandę i indoktrynację. Trzeba pamiętać, że myślenie pozbawione kultury logicznej przychodzi z wielkimi oporami, jest trudne, więc człowiek, by pozbyć się tego trudu, woli gotowe rozwiązania, nawet jeśli są one złe lub fałszywe. I to jest powód, dla którego wierzy telewizji, bo telewizja ma na wszystko odpowiedź, nie zmuszając do myślenia.

 Z czego się śmiejecie

 Jest też zagadką, dlaczego wielu z nas ogląda programy, które uderzają w naszą godność. Wielu z nas programy takie nie przeszkadzają, a nawet podobają się, co już jest szczególnym wyrazem perwersji. Na czym tutaj polega manipulacja? Otóż, godność może być rozumiana na dwa sposoby. Po pierwsze, jako kategoria filozoficzna godność jest tym, co przysługuje człowiekowi jako osobie i tylko jako osobie, a więc komuś, kto różni się istotnie od zwierząt, roślin i przedmiotów. Po drugie, wprawdzie człowiekowi nie odmawia się godności, ale ukazuje się go tak, jakby tej godności był pozbawiony. Jeżeli u podstaw bycia osobą leży posiadanie rozumu i wolnej woli, to chcąc człowieka pokazać jako stworzenie pozbawione godności, pokazujemy go jako kogoś, kto działa bezrozumnie, jest nieopanowany albo reaguje tak, jakby był maszyną.

 I właśnie tym drugim torem idą media: pokazują człowieka, katolika, Polaka jako istoty bezrozumne i nieokrzesane. Ale pokazują w taki sposób, żeby to było śmieszne, przy udziale dobrych aktorów i za pomocą najnowszych osiągnięć techniki. Ludzie się śmieją, nie wiedząc, że są przedmiotem szyderstwa i kpiny, jako ludzie, jako katolicy, jako Polacy. A wszystko dlatego, że jest wesoło, a człowiek lubi śmiech.

 Media to nie jest owoc zakazany. Jednak główny problem polega na tym, że większość z nas nie zdaje sobie sprawy z potęgi mediów co do środków i zakresu możliwości ich destrukcyjnego oddziaływania. A nie chodzi tu tylko o manipulację, ale również o dehumanizację, która polega na tym, że media nas coraz bardziej wyręczają tam, gdzie wysiłek powinniśmy podjąć sami, by żyć w świecie realnym, a nie fikcyjnym czy wirtualnym. Tylko bowiem w świecie realnym jest miejsce na ludzką godność i na prawdę, fundament ludzkiej kultury i cywilizacji dla człowieka.

 

Prof. Piotr Jaroszyński   "Nasz Dziennik"

 

 

 

 

























Diabelska gra eutanazją

 

      Jak informuje Portal NaszDziennik.pl grupa francuskich studentów medycyny wyraziła swój sprzeciw wobec eutanazji. Studenci nie chcą asystować przy samobójstwach i uważają, że eutanazja sprzeciwia się przysiędze Hipokratesa, która nie pozwala na zabijanie, w jakiejkolwiek formie. W innym kraju o tradycjach katolickich, w Austrii, od 2010 roku regularnie maleje odsetek osób, które popierają i akceptują eutanazję, czy też udzielanie pomocy w dokonywaniu samobójstwa. W 2010 roku osób popierających śmierć na życzenie było aż 62 proc., w tym roku mniej niż połowa populacji (dokładnie 47,5 proc.). Tak wynika z reprezentatywnych badań przeprowadzanych przez Instytut Medycyny Społecznej i Epidemiologii Uniwersytetu Medycznego w Grazu oraz Instytutu Badań Społecznych (IFES) dokonanych na reprezentatywnej próbie dwóch tysięcy Austriaków (od 15 roku życia).

     W Polsce przeciwnie. Akceptacja wspomaganego samobójstwa wzrasta. Badania opinii na temat akceptacji eutanazji prowadzi, m.in. CBOS. W styczniu 2013 roku ponad połowa Polaków skłonna była akceptować eutanazję, rozumianą jako podanie przez lekarza środków przyspieszających śmierć ciężko lub nieuleczalnie choremu albo cierpiącemu pacjentowi, jeśli jest on w pełni świadomy i sam o to prosi. Akceptację tak pojmowanej eutanazji zadeklarowało 53 proc. respondentów. Liczna była także grupa jej przeciwników, 39 proc.

      W porównaniu z rokiem 2009 (również badania CBOS-u), 48 proc. Polaków uważała, że lekarze powinni spełniać wolę cierpiących nieuleczalnie chorych, którzy domagają się podania im środków powodujących śmierć. I znów, w porównaniu rokiem 2007, poziom akceptacji dla eutanazji wzrósł.

            Intrygować może zatem fakt, że istnieje wysokie przyzwolenie na wspomagane samobójstwo, dodatkowo dokonywane przez biały personel w kraju katolickim i z którego pochodził człowieka stale podkreślający sens ludzkiego cierpienia, św. Jan Paweł II.

Nie można ignorować tych wyników. Postępująca sekularyzacja, trendy i mody importowane z Zachodu, propaganda w mediach fałszują prawdę o człowieku. Przekaz ideologii śmierci, której wysłannicy szykują się do inwazji na naszą Ojczyznę jest silny i zwodniczo zniekształca myślenie i opinie Polaków. Jest to wyzwanie dla duszpasterzy, aby powstrzymać ten niebezpieczny trend.

W każdym razie, dla mnie ten złowrogi życiu przemysł zagłady zawsze będzie mieć twarz Ludwiga Minellego.

Do dziś władze w RFN próbują zablokować wkroczenie na rynek niemiecki szwajcarskiej firmy o cynicznej nazwie Dignitas, zabijającej pacjentów na ich życzenie. Kierujący tą organizacją Ludwig Minelli głosi, że eutanazja jest podstawowym prawem człowieka i próbuje od lat otworzyć filię w Hanowerze.

         Ciekawe, że w Szwajcarii, aby poddać się takiemu eliminującemu zabiegowi, nie trzeba być chorym, wystarczy wyłącznie chęć samobójstwa. „Cudotwórczy” zabieg otrucia pentobarbitalem sodu kosztuje setki tysięcy franków, ale mimo to z usług Dignitas korzysta rocznie około tysiąca osób z całej Europy. W marcu 2008 roku Minelli „udoskonalił” zabieg, stosując przy mordowaniu swoich pacjentów hel znajdujący się w plastikowej torebce zakładanej na głowę przez ofiary eutanazji. „Lekarz” swoje spektakle śmierci zazwyczaj filmuje. W tym samym roku (2008) wybuchł skandal, gdy okazało się, że Dignitas pozbywa się ciał klientów, wrzucając ich prochy wraz z urnami do jeziora Zurych (Zürichsee), chociaż zapłacili i wyrazili ostatnia wolę, że chcą spocząć w swoich rodzinnych stronach. Była współpracowniczka mordercy i dewianta Sorayi Wernli powiedziała, że Ludwig Minelli od lat pozbywa się w ten sposób ciał swych pacjentów, gromadzi urny w piwnicy, w której przechowuje także ziemniaki. Potem wywozi je nad jezioro i wrzuca do wody.

            Nazistowskie metody jak upiory krążą po „nowoczesnej” Europie. Zdumiewa, że stowarzyszenia, które dopuszczają się legalnych mordów na ludziach, mają możliwość działania. Fabryki śmierci są uznawane przez prawo, a ich inżynierowie i wykonawcy nazywani są „lekarzami”.

Kultura śmierci, za którą stoją potężne pieniądze zaczyna opanowywać Europę, w tym Polskę. Ci, którzy walczą o prawa człowieka do życia są wypierani, ośmieszani, wykpiwani. Redefinicja znaczeń i pojęć zniekształca rzeczywistość. Eutanazja, z greckiego oznaczającą dobrą śmierć, w istocie deprecjonuje znaczenie cierpienia, które wpisane jest również w sens i logikę ludzkiej egzystencji, gdyż stanowi część jej godności. Katolicy muszą powrócić do źródła nauczania Kościoła katolickiego, aby nie dać się zwieść fałszywym prorokom.

 

Dr Tomasz M. Korczyński

 

NaszDziennik.pl    Sobota, 24 maja 2014

 








Nowy kustosz relikwii św. Wojciecha

 

Sobota, 17 maja 2014 (13:07)

 

Arcybiskupem najstarszej w Polsce metropolii w Gnieźnie został jeden z najmłodszych biskupów w polskim Episkopacie – ks. bp Wojciech Polak. Jako kustosz relikwii św. Wojciecha, noszący tytuł prymasa Polski, zachowuje on honorowe pierwszeństwo pośród biskupów.

 

Arcybiskup Wojciech Polak urodził się 19 grudnia 1964 r. w Inowrocławiu. Pochodzi z parafii pw. św. Mikołaja i Konstancji w Gniewkowie. W 1983 roku, po zdaniu egzaminu dojrzałości w III Liceum Ogólnokształcącym w Toruniu, rozpoczął studia filozoficzno-teologiczne w Prymasowskim Wyższym Seminarium Duchownym w Gnieźnie; ukończył je 21 czerwca 1988 uzyskaniem stopnia magistra w zakresie teologii moralnej na Papieskim Wydziale Teologicznym w Poznaniu. Święcenia kapłańskie przyjął 13 maja 1989 roku w katedrze gnieźnieńskiej  z rąk ks. kard. Józefa Glempa, prymasa Polski.

 

W latach 1989-1991 był wikariuszem w parafii farnej w Bydgoszczy i jednocześnie sekretarzem rezydującego tam gnieźnieńskiego biskupa pomocniczego Jana Nowaka, wikariusza biskupiego dla miasta Bydgoszczy. Dekretem Prymasa Polski w 1991 roku skierowany został na studia specjalistyczne z zakresu teologii moralnej w Wyższym Instytucie Teologii Moralnej Papieskiego Uniwersytetu Laterańskiego w Rzymie. W latach 1991-1993 odbył studia licencjackie, ukończone dnia 20 czerwca 1993 roku tytułem licencjata teologii moralnej. Studia doktoranckie uwieńczył 13 listopada 1995 roku obroną pracy doktorskiej na temat: Chiesa, peccato, riconciliazione. Il rapporto tra l'ecclesiologia e la dimensione ecclesiale del peccato e della riconciliazione nell'insegnamento del Magistero postconciliare, przygotowaną pod kierunkiem o. prof. Bruno Hidbera CSsR;  została ona opublikowana w 1996 roku. Dnia 20 czerwca 1996 roku otrzymał dyplom doktora teologii moralnej.

 

Ks. abp Henryk Muszyński, metropolita gnieźnieński 1 września 1995 roku mianował go prefektem Prymasowskiego Wyższego Seminarium Duchownego w Gnieźnie oraz wykładowcą teologii moralnej w tymże seminarium oraz w Prymasowskim Instytucie Teologicznym w Gnieźnie i Prymasowskim Instytucie Kultury Chrześcijańskiej w Bydgoszczy. Od 1 października 1996 roku podjął także wykłady z teologii moralnej ogólnej i szczegółowej w WSD Misjonarzy Ducha św. w Bydgoszczy.

 

W dniu 1 grudnia 1998 roku powołany został przez Prorektora Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu na stanowisko adiunkta w Zakładzie Teologii Moralnej i Duchowości Wydziału Teologicznego tejże uczelni. Od 1 sierpnia 1999 roku został rektorem Prymasowskiego WSD w Gnieźnie i pełnomocnikiem dziekana Wydziału Teologicznego UAM ds. organizacji studiów w Sekcji w Gnieźnie. Był rektorem kościoła św. Jerzego na Zamku Gnieźnieńskim i kanonikiem gremialnym Kapituły Kolegiackiej. W marcu 2003 roku wybrany został jej prepozytem. Był członkiem Kolegium Konsultorów i zastępcą redaktora Studia Gnesnensia. Z urzędu, jako rektor seminarium, wchodził również w skład Rady Duszpasterskiej i Rady Kapłańskiej, której był sekretarzem.

 

8 kwietnia 2003 roku Jan Paweł II mianował go biskupem pomocniczym archidiecezji gnieźnieńskiej; jego stolicą tytularną było Monte di Numidia. 4 maja 2003 roku w katedrze gnieźnieńskiej konsekrowany został na biskupa przez ks. abp. Henryka Muszyńskiego. Od 8 maja 2003 roku pełnił funkcję wikariusza generalnego archidiecezji gnieźnieńskiej, przewodniczącym Wydziału Katechizacji i Szkół Katolickich Kurii Metropolitalnej Gnieźnieńskiej, przewodniczącym Referatu ds. Zakonnych i przewodniczącym Referatu Duszpasterstwa Młodzieży. 21 czerwca 2003 roku mianowany został dyrektorem Archidiecezjalnego Studium Pastoralnego dla Kapłanów i członkiem Rady Programowej Studium. Z dniem 1 stycznia 2004 roku powołany na przewodniczącego Rady Wydawniczej Prymasowskiego Wydawnictwa Gaudentinum, a po jej reorganizacji, z dniem 1 marca 2005 r.  został ustanowiony przewodniczącym Rady Ekonomicznej tegoż wydawnictwa.

 

W Konferencji Episkopatu Polski w 2005 roku został wybrany odpowiedzialym za duszpasterstwo powołań w Polsce, gdzie kieruje m.in. pracami Krajowej Rady Duszpastertwa Powołań. Udział w prcach Europejskiego Centrum Powołań spowodował, że Konferencja Episkopatów Europy (CCEE) wybrała go w 2006 roku jednocześnie delagatem CCEE do spraw powołań w Europie oraz przewodniczącym EVS (Europejskiego Centrum Powołań). W kolejnych latach został członkiem Komisji ds. Duchowieństwa, Komisji Charytatywnej i Rady ds. Młodzieży przy KEP. W czasie 349. posiedzenia plenarnego KEP, 7 października 2009, został wybrany członkiem Rady Stałej, a podczas kolejnego posiedzenia na Jasnej Górze, 26 listopada Delegatem Konferencji Episkopatu Polski ds. Duszpasterstwa Emigracji. W związku z tym był wiele razy zapraszany przez Polonię w różnych krajach z posługą duszpasterską.

 

Z doświadczeń zdobytych w czasie siedmioletniej posługi biskupiej mógł skorzystać, gdy w wieku 47 lat został sekretarzem generalnym KEP w październiku 2011 r. w czasie 356. Zebrania Plenarnego w Przemyślu. Po wybraniu go na sekretarza generalnego KEP podkreślał, że nowe zadanie podejmuje przede wszystkim jako służbę.

 

W tym duchu, wraz z Prezydium Episkopatu, kontynuował  rozmowy z przedstawicielami Kościoła Prawosławnego Rosji. Ich rezultatem było Wspólne Przesłanie o Pojednaniu Narodów Rosji i Polski podpisane przez ks. abp. Józefa Michalika i patriarchę Cyryla. Rok później została podpisana podobna deklaracja, tym razem polsko-ukraińska.

 

Jako biskup starał się przybliżyć pracę konferencji biskupów w wykładach na wyższych uczelniach oraz poprzez Dzień Otwartych Drzwi na 30-lecie budynku Sekretariatu Episkopatu. Rok temu gościł w Warszawie sekretarzy generalnych Europy na dorocznym spotkaniu, a z wieloma z nich utrzymywał stałe kontakty. 

 

Z ks. bp. Polakiem, jako sekretarzem generalnym KEP, wiele razy kontaktowali się przedstawiciele parlamentu i rządu RP. Brał on też czynny udział w pracach Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu. W ramach Kościelnej Komisji Konkordatowej uczestniczył w pracach w sprawie przekształcenia Funduszu Kościelnego.

 

Kierował pracami Sekretariatu KEP. Spod jego pióra wychodziły propozycje telegramów, oświadczeń i komunikatów, wraz ze współpracownikami opracował szereg dokumentów Episkopatu. Zajmował jednoznaczne stanowisko w sprawach pedofilii.  W czasie jego kadencji został m.in. powołany koordynator ds. ochrony dzieci i młodzieży przy KEP.

 

Nawet w czasie pobytu w Warszawie wspierał w pracy duszpasterskiej Prymasa Polski w swej macierzystej diecezji gnieźnieńskiej. Był współorganizatorem pielgrzymki biskupów do Ziemi Świętej w 2013 r. Jednym z ostatnich jego pomysłów duszpasterskich było zorganizowanie cyklu kazań rekolekcyjnych w okresie tegorocznego Wielkiego Postu. Rok temu w Kostrzynie nad Odrą głosił katechezy na Przystanku Jezus. Wiele razy brał udział w spotkaniach młodych nad Lednicą.

 

Przez blisko dwa i pół roku współpracował z ks. abp. Józefem Michalikiem jako przewodniczącym KEP, a ostatnie dwa miesiące – z nowo mianowanym ks. abp. Stanisławem Gądeckim, który w czasie jego studiów przez trzy lata był jego wicerektorem w seminarium duchownym w Gnieźnie, a w 2003 roku współkonsekrował go na biskupa.

 

Po 2,5 roku pracy jako sekretarz generalny Episkopatu wraca do swojej diecezji. W wieku 49 lat został arcybiskupem metropolitą gnieźnieńskim i prymasem Polski.

 

 

 

Źródło: BP KEP  NaszDziennik.pl







Oko Judasza

 

Ideologia uderza w rzeczywistość – zauważa ks. prof. Tadeusz Guz („Rozmowy niedokończone”, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, t. 2, s. 265) i dodaje: „Już Hitler mówił, że najważniejszym narzędziem ideologii, jego światopoglądu nazistowskiego są media. Najważniejszym narzędziem. I uważał, że wygra, jeśli uda się mediom zdominować masy (…)”.

I rzeczywiście, również dzisiaj analiza najogólniej rozumianego przekazu medialnego ukazuje, że jego treść odpowiada tej samej idei, która przyświecała Hitlerowi, czyli idei kłamstwa o Bogu, o człowieku i o rzeczywistości. 

W sporze o jakość mediów chodzi o to, jaki model człowieczeństwa, jaki model ludzkich postaw będzie ukazywany.

Zdrada Boga i człowieka 

A zatem centralnym punktem sporu o to, jak powinny działać media, które – jak sama nazwa wskazuje – są środkiem w transportowaniu idei, informacji, wzorców zachowań, jest to, czy będą one komunikowały prawdę o Bogu i o człowieku, czyli czy ich wpływ będzie wzmacniał rozwój człowieka lub czy będą one narzędziem władzy nad człowiekiem i nad rzeczywistością, by w konsekwencji zdegradować człowieczeństwo i uczynić je niewolnikiem nowego führera – jakie by dzisiaj nie było jego imię. 

Zdaniem ks. prof. Tadeusza Guza, „Nowa lewica i szeroko pojęta filozofia postmodernistyczna (…) stawia tezę radykalnej deteologizacji myśli”, czyli podejmuje takie działania, które fabułą, obrazem, tekstem, muzyką, informacją, formą będą opisywały rzeczywistość przeciwnie do historii zawartej w Piśmie Świętym Starego i Nowego Testamentu, do nauczania Kościoła katolickiego i w ten sposób będą zmieniały ludzkie myślenie. 

U podstaw takiego ukierunkowania przekazu stoi dążenie do oderwania „i historii, i czynu, wszystkiego” człowieka od wszystkiego, co absolutne („Rozmowy niedokończone”, t. 2, s. 108), tzn. duchowe, stałe, niezmienne, wieczne.

Bóg i człowieczeństwo, wartości, tj. piękno, prawda, dobro, sprawiedliwość, nadzieja, miłość, których początkiem jest sam Bóg, Miłość, Prawda, Dobro, Piękno, Prawo, mają być – w tym opisie – ukazane okiem Judasza, tzn. tego, który patrzył oczami „własnego projektu”, a więc zdradził Wcielone Słowo – Boga. Dramat Judasza polegał na tym, że on wszedł w pokusę władzy nad rzeczywistością i zamiast podjąć służbę na większą chwałę Boga, zdradził Go.

Owo spojrzenie – na sposób Judasza – fałszywe, interesowne, dwuznaczne, nieprawe i niegodziwe, jest tym spojrzeniem, którym ideolodzy pragną zarazić odbiorców i twórców przekazu, wykorzystując media. Taki opis – nieprawdziwy, wykluczający Boga i wartości, czyli „porzucający” Absolut – powoduje również zaprzeczanie „Kościoła rzymskokatolickiego z jego strukturą hierarchiczną i sakramentalną” (por. „Rozmowy niedokończone”, s. 263-264).

Analitycy współczesnych ideologii – zarówno ks. prof. Tadeusz Guz w „Rozmowach niedokończonych”, w swoich pracach naukowych oraz popularnonaukowych np. „Filozofia prawa III Rzeszy Niemieckiej”, jak i Marguerite A. Peeters, autorka podręcznika „Globalizacja zachodniej rewolucji kulturowej” oraz „Gender. Światowa norma polityczna i kulturowa” – wskazują, że odejście od Boga Ojca Miłości doprowadza w naszych dniach do dekonstrukcji, czyli do zniszczenia prawa, do zniszczenia człowieczeństwa.

Z kolei miejsce przeznaczone dla znaku krzyża – w każdej przestrzeni – ma zająć obraz i dźwięk transportowany ekranem telewizyjnym, reklamowym, komórkowym, komputerowym, który mówi: nie ma Boga, nie ma człowieka, nie ma prawdy. I ta myśl znajduje swoje potwierdzenie zarówno w treści, w formie, jak i w dynamice medialnego obrazu.

W tej nowo opisanej rzeczywistości „żyć” oznaczać będzie być „on-line”. I taka mentalność – on-linowa, reality show, big brotherowa – ma się stać udziałem każdego.

Chodzi o to, żeby przez „oko” każdego ekranu człowiek zamiast żyć prawdziwym życiem własnym, podglądał albo role drugiego, albo upublicznione życie prywatne innych, albo upubliczniał swoją prywatność. 

Nowoczesna forma wojny

 „I trzeba przyznać – wyznaje ks. prof. Tadeusz Guz, uczony, który przez wiele lat pracy naukowej w Niemczech kształcił również świetnych dziennikarzy – że media ze swoimi technicznymi możliwościami i jednocześnie z bombardowaniem człowieka informacjami tak oddziałują. Człowiek, który pozwoli się zatopić temu potopowi informacji, jaki jest serwowany współczesnemu człowiekowi, staje się masą. To są takie techniki, które dokonują wykluczenia działalności rozumu. (…) To są nowoczesne formy wojny” – twierdzi ksiądz profesor. Wskazuje, że „my jesteśmy aktualnie w samym sercu największej bitwy, jaką ludzkość dotychczas toczyła; to jest bitwa medialna. I Niemcy nieprzypadkowo przejęli potężną porcję rynku medialnego w Polsce, dlatego że korzystają z tego prawdziwego poznania i Adolfa Hitlera, i wielu innych pierwszych analityków mediów; wiedzą, że kto uzyskał media, ten zdobywa nieświatłe narody. Podkreślam, nieświatłe. Bo ofiarą mediów mogą paść tylko nieświatłe narody i nieświatli ludzie, czyli ci, którzy nie pracują intelektualnie, którzy religijnie tracą swoją dynamikę – i wtedy następuje załamanie całego człowieka”.

„Można pokazać to medialnie, technicznie, ale także i od strony filozoficznej, że jeśli człowieka zbombardujemy informacjami albo obrazami – ani rozum ludzki, ani zmysły człowieka nie są w stanie tego wszystkiego przepracować. I w związku z tym człowiekowi, który podda się takiemu praniu mózgu – używam tego pojęcia świadomie – jeśli chodzi o czas, dają najwyżej kilka miesięcy. Każdemu człowiekowi, nawet gdyby był geniuszem intelektualnym, wystarczy kilka miesięcy takiego prania mózgu i jego rozum jest skończony. Człowiek staje się bardzo bierny. I rzeczywiście Hitler miał rację, że z ludzi – jako osób wspaniałych, genialnych, ze swoją podmiotowością – i z narodów tworzą się masy, a masy są marionetkami” (t. 2, s. 267-269).

  O wykorzystaniu mediów jako „władzy” pisze również postmodernista Umberto Eco w „Semiologii życia codziennego”: „Jeszcze nie tak dawno, kiedy się chciało przejąć władzę polityczną w jakimś kraju, wystarczyło opanować wojsko i policję. Dziś tylko w Trzecim Świecie generałowie posługują się w dalszym ciągu czołgami, aby dokonać zamachu stanu. Jak tylko kraj osiągnie przyzwoity poziom industrializacji, sytuacja zmienia się diametralnie: dzień po upadku Chruszczowa naczelni redaktorzy ’Prawdy’ i ’Izwiestii’ musieli ustąpić ze swoich stanowisk: żadnego ruchu natomiast nie dało się zauważyć w wojsku. Dziś kraj należy do tego, kto kontroluje środki przekazu” (s. 157).

Zdeprawowana opowieść

Pedro Almodovar jest współczesnym reżyserem, którego filmy z konsekwencją godną lepszej sprawy – w treści i w formie podporządkowane są zarówno idei oderwania opisu rzeczywistości od Boga jako źródła życia i prawa, jak i od idei negacji Kościoła rzymskokatolickiego. W tej perspektywie człowiek rozumiany jest jako rzecz, popęd – ale nie osoba.

„To, co przyjmujemy za normalność, obejmuje także to, co najbardziej perwersyjne” – wyznaje Almodovar i dodaje: „(…) narzucenie (…) postaci i ich zachowań jest to jeden z przywilejów przynależnych reżyserowi, jego władza” („Almodovar. Rozmowy”, Świat Literacki, s. 27).

Zdaniem Almodovara, „rola reżysera podobna jest rzeczywiście do roli Boga, gdyż moc wynikająca z przedstawienia własnych marzeń jest niezwykła. Reżyser jest Bogiem i nieważne, że jego kreacja pojawia się w świecie równoległym do rzeczywistości. Sądzę, że reżyser jest osobą – głosem, a w każdym razie ja tak widzę samego siebie, jako kogoś, kto praktycznie hipnotyzuje aktorów słowami, chociaż nie zawsze oni zdają sobie z tego sprawę. W pierwszych scenach ’Prawa pożądania’ reżyser jest osobą głosem, który rozkazuje, co należy zrobić. Dla mnie głos w tym filmie jest głosem reżysera, czasami przekazywanym przez aktorów. Od samego początku definiuję i zakreślam obszar, w którym będę interweniować: obszar pożądania” („Almodovar. Rozmowy”, s. 93).

    W konsekwencji tak pojętej swojej „roli” Almodovar jako reżyser opisuje jedną ze scen swojego filmu: „Podczas spowiedzi Rebeki znika rozmównica. Zawsze spowiadamy się przed Bogiem albo wobec prawa, natomiast Rebeka panuje nad swoimi wyznaniami bez odwoływania się do tych wartości. Jest to ważna cecha tej postaci: jest ona zarówno początkiem, jak i celem własnej moralności. To właśnie nadaje jej znaczący wymiar. W pierwszym wyznaniu Rebeka obnaża swe całkowite osamotnienie – jedynym możliwym interlokutorem staje się oko kamery telewizyjnej” („Almodovar. Rozmowy”, s. 125).

Z kolei zamiar medialnego „przesterowania” obrazu człowieczeństwa z bycia osobą (substancja) na bycie popędem, czyli na pożądliwość, ujawnia Almodovar, mówiąc o swoim filmie „Matador”: „Jest to także film najbardziej oddalony od realizmu i obiektywnej rzeczywistości. Usiłowałem stworzyć coś w rodzaju baśni, w której główne postaci byłyby raczej bohaterami niemogącymi odnaleźć swojego miejsca w legendzie, ponieważ przedstawiają to, czego nie da się zrobić w życiu. Nie mogłem wymagać, by widz identyfikował się z dwojgiem ewidentnych morderców. Chciałem jedynie, żeby mógł się utożsamić z mentalnością i zmysłowością tych morderców, z uosabianą przez nich ideą śmierci, nie zaś z nimi samymi (…)”. Albo: „Role kobiece i męskie przenikają się w ten sposób przez cały film. W pewnych scenach kobieta jest torreadorem, a w innych bykiem. Można by właściwie powiedzieć, iż relacje tych dwóch postaci stają się homoseksualne, tak dalece kobieta jest męska” (s. 73).

         I to, co perwersyjne – „zraniona niewinność” Marylin Monroe zainspirowało Almodovara – jak pisze – do stworzenia sceny w „Prawie pożądania” (1986), w której przedstawił ołtarz dedykowany Marylin: „Jej wizerunek umieszczony był nad ołtarzem, a wszystkie stopnie prowadzące do chóru były wykonane z książek, przykrytych innymi jej zdjęciami. Wszystkie obrazy świętych, mężczyzn i kobiet, na ołtarzu były fotosami Marylin, oświetlonymi małymi świeczkami”.

 To „wyniesienie” Marylin na świecki ołtarz jest wskazaniem na „centrum” nowego kultu – tj. tego wszystkiego, co wniósł ze sobą symbol – Marylin, bo to właśnie obnażona intymność – ta najsubtelniejsza ze sfer prywatności stała się tematem, wokół którego „rozgrywa się” wyrafinowana strategia rewolucji neomarksistowskiej.

         Oznacza to, że „materią” rewolucyjnej „obróbki” jest relacja każdego człowieka do własnej i cudzej sfery intymności – psychologicznej, moralnej i fizycznej. Mówienie o sprawach intymnych publicznie stało się codziennością, podobnie jak wypytywanie i pokazywanie intymności. Handlowanie intymnością wyszło z ciemnych zaułków miast i na równi z czekoladką ferrero rocher stało się towarem.

Tymczasem upublicznienie intymności jest sztuczką otwierającą wrota do rewolucyjnego laickiego niby-raju, dlatego nie dziwi, że oko kamery, oko obiektywu, oko „judasza” stanęło na usługach rewolucyjnej taktyki. 

Mentalność reality show

  Mentalność człowieka reality show, w której wszystko i każdemu można o sobie powiedzieć lub wszystko pokazać z najprawdziwszego życia, stała się udziałem publiczności. Skutek jest taki, że człowiek staje się częścią oglądającej go i słuchającej publiczności.

Z kolei „podglądający” utrwala w sobie postawę „podglądacza” – jakby prawo do przyjęcia takiej postawy w ogóle istniało i – np. zajadając kolację – patrzy na sceny uśmiercania, na sceny intymne, na żarty, na gry, na relacje z prawdziwych pogrzebów, prawdziwych walk, na informacje i porady…

         Patrzy na upublicznione prywatne życie celebrytów i „konsumuje” historie z cudzego życia.

Tymczasem jak genialnie pisał Jan Paweł II w „Tryptyku Rzymskim”: „Wszystko nagie i otwarte jest przed oczami Boga” (Omnia nuda et apperta sunt ante occulis eius), co oznacza, że tylko Bóg może o człowieku wiedzieć wszystko…, bo odkrywanie intymności fizycznej, psychologicznej czy moralnej przed drugim człowiekiem jest kulturowo związane z odrębnością, z tajemnicą, z zastrzeżeniem: „to, o czym tobie mówię, zachowaj wyłącznie dla siebie” jako przyjaciel, jako lekarz, jako adwokat, jako kapłan… jako osoba zdolna uszanować tajemnicę.

         Z kolei rezygnacja z poszanowania własnej i cudzej intymności jest zgodą na zatarcie granicy pomiędzy odrębnością osób – bo skoro te granice się zacierają, to gdzie jest miejsce na własną odrębność?

Zdradzenie, wyjawienie tajemnicy, upublicznienie intymności powoduje, że znika odrębność, powstaje masa.

         Ludzkie spojrzenie na rzeczywistość ma być zagospodarowane przez media w myśl okultystycznej zasady, że „najbardziej ukryte ma być na widoku”.

Działając kontra – Kościół katolicki w Kodeksie Prawa Kanonicznego z 1983 r. w kan. 220 wprowadził ochronę prawa do intymności. Stało się to na osobiste polecenie Jana Pawła II.

PS Nawet intymność psychologiczna oskarżonego w procesie karnym jest na razie chroniona, bo oskarżony może odmówić badania wariografem. Nadal w prawie istnieje zakaz prowadzenia pogłębionych badań psychologicznych przy np. rekrutacji zawodowej, przy czym – jak praktyka pokazuje – pracodawcy, działając nie fair, sięgają po badania grafologiczne, które „mówią” więcej o osobie, niż ona sama chciałaby przekazać, czyli w ten sposób naruszają wolność osoby, powodują jej uprzedmiotowienie.

 

Dr Aldona Ciborowska                                                                                                                                 Nasz Dziennik  3 maja 2014

 

 

 

 




Jan XXIII Fatimski?

Środa, 16 kwietnia 2014

Kiedy mówi się o kanonizacji Jana XXIII, raz po raz słychać głosy zdziwienia, a nawet sprzeciwu. Papież Roncalli ma być za chwilę świętym? Przecież on zablokował upowszechnianie najważniejszego Maryjnego przesłania XX wieku, fatimskich objawień. Podobno nie chciał ujawnić treści trzeciej części tajemnicy fatimskiej. A przez to świat „nie został ocalony przez interwencję z Nieba”…

Głos niekompetentnych

Jak łatwo i w sposób niekompetentny wydawać negatywne sądy. Przypomina mi się pewna „kompetentna” osoba z Religia.tv, która kilka lat temu była z ramienia stacji odpowiedzialna za przygotowanie materiału o sekrecie fatimskim. Przed uruchomieniem kamer powiedziała mi, że Siostra Łucja miała bardzo ciężkie życie, gdyż… wiele lat spędziła w więzieniu. Owszem – odparłem – Łucja i jej kuzyni spędzili noc w więzieniu w Ourém, a potem kilka dni w areszcie domowym, ale było to jeszcze w okresie objawień, w sierpniu 1917 roku. Nie była jeszcze Siostrą Łucją ani nie spędziła w więzieniu wielu lat! Wówczas owa pani powiedziała: „Ale przecież ona tyle lat spędziła w celi”.

Jak jej wytłumaczyć, że pomyliła celę więzienną z celą zakonną? Podobnie: jak wytłumaczyć ludziom krytykującym Jana XXIII, że nie blokował, ale upowszechniał fatimskie orędzie?

Papieże z bazyliki fatimskiej

Kto był w sanktuarium fatimskim, pamięta, że nad głównym ołtarzem bazyliki Matki Bożej Różańcowej znajduje się obraz przedstawiający Maryję przynoszącą orędzie trojgu pastuszkom. W środku malowidła znajduje się Matka Najświętsza. Spogląda na biskupa diecezji Leiria-Fatima i na troje dzieci przedstawionych w chwili, gdy przyjmują Eucharystię z rąk Anioła. Za Matką Bożą, po lewej stronie, widać Bazylikę św. Piotra w Rzymie i trzech Papieży związanych z Fatimą. Jest tam Pius XII zwany „Papieżem fatimskim”, jest Jan XXIII i Paweł VI. Pierwszy posłuchał głosu z Nieba i jeszcze podczas drugiej wojny światowej poświęcił świat Niepokalanemu Sercu Maryi, zaś w przeddzień ogłoszenia dogmatu Wniebowzięcia Matki Bożej oglądał w ogrodach watykańskich fatimski cud słońca. Trzeci podczas Soboru Watykańskiego II trzykrotnie wspomniał o Fatimie i jako pierwszy przybył do Fatimy jako Papież pielgrzym. Było to 13 maja 1967 r., w pięćdziesiątą rocznicę objawień.

Papież uśmiechu – Papież Fatimy

A Jan XXIII? Był pierwszym Papieżem, który odwiedził Fatimę. Przybył tam w maju 1956 r. jeszcze jako patriarcha Wenecji, na dwa lata przed konklawe, które wskazało na niego jako kolejną głowę Kościoła. Co więcej, w swojej pierwszej encyklice „Ad Petri Cathedram” wydanej w czerwcu 1959 r. nowy Papież modlił się do Boga o łaskę jedności i pokoju dla Kościoła, przyzywając pomocy Matki Bożej Fatimskiej, „przez wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny Królowej Pokoju, której Niepokalanemu Sercu nasz poprzednik poświęcił cały rodzaj ludzki”.

Co więcej, właśnie Janowi XXIII zawdzięczamy istnienie święta Matki Bożej Fatimskiej, w które kilkanaście lat później Jan Paweł II stanie się ofiarą zamachu. Zostało ono ustanowione 13 grudnia 1962 roku. Kiedy było obchodzone po raz pierwszy (13 maja 1963 r. ks. kard. Larraona, legat papieski, wygłosił przemówienie skierowane do kapłanów całego świata. Przemawiając w imieniu Papieża, powiedział w nim między innymi:

„Spoczywa na nas, bracia, odpowiedzialność za przekazywanie duszom niewyczerpanych skarbów i bogactw duchowych ukrytych w orędziu fatimskim. Fatima jest żywym wypełnieniem Ewangelii przypominanej nam tu przez Matkę Bożą (…). Zaprawdę, nigdy nie byliśmy świadkami nadprzyrodzonej manifestacji Matki Najświętszej o tak głębokiej treści duchowej jak ta w Fatimie ani nie spotkaliśmy objawienia, które przekazałoby nam orędzie tak jasne, tak macierzyńskie, tak głębokie (…). Chciałbym zachęcić was na nowo do głębokiego wniknięcia w duchowe bogactwo orędzia, które przekazała nam Maryja (…) Żyjcie nim i sprawcie, by żyli nim inni”.

Sekret

Pozostaje pytanie o sekret… Wiemy, że po raz pierwszy koperta z treścią trzeciej tajemnicy fatimskiej została dostarczona Papieżowi Janowi XXIII 17 sierpnia 1959 roku. Jednak Papież nie przeczytał dokumentu i nie poznał jego treści. W swoim duchowym dzienniku Jan XXIII napisał, że ks. Pierre Paul Philippe za zgodą ks. kard. Alfredo Ottavianiego przyniósł mu kopertę zawierającą treść tajemnicy fatimskiej i że Papież zdecydował się zwrócić zapieczętowaną kopertę do Świętego Oficjum bez jej otwierania.

Dlaczego tak postąpił? Bo wiedział, że treść sekretu nie jest dla tego pokolenia. Jeszcze nie. Nie jest nawet dla niego – ówczesnego pasterza Kościoła. Mimo niebezpieczeństwa wojny atomowej wiszącej nad światem podczas kryzysu kubańskiego wiedział, że sekret fatimski nie dotyczy wydarzeń współczesnych. Że jego poznanie przez Papieża i ujawnienie światu nie zmieni biegu historii. On wiedział.

Pozostaje jeszcze jeden temat związany z sekretem. Jan XXIII doskonale zdawał sobie sprawę, że przekazana przez Matkę Bożą tajemnica miała nią pozostać być może na zawsze. Maryja wyraźnie powiedziała: „Tego nie mówcie nikomu”. Nie dodała żadnej klauzuli, że „jeśli będzie niebezpieczeństwo trzeciej wojny, jeszcze gorszej…” albo „jeśli papież będzie chciał…”, że wówczas wizjonerzy mają ujawnić lipcowy sekret. Kościół polecił Siostrze Łucji spisać tajemnicę fatimską w czasie, kiedy wydawało się, że wizjonerka jest śmiertelnie chora. Dokument miał na zawsze pozostać w zapieczętowanej kopercie. To, że ktoś w ogóle by go ujawnił (nawet gdyby zrobił to tylko częściowo), uczyniłby coś wyjątkowego w dziejach Kościoła! Oto Papież rozpoznał, że tajemnica jest dla któregoś z pokoleń, że jest dla niego lekarstwem, środkiem do opamiętania. Ale Duch Święty, który kieruje Kościołem, nie natchnął tą myślą ani Piusa XII, ani Jana XXIII czy Pawła VI. Łaska takiego rozumienia dotknęła dopiero Jana Pawła II. Dla nas…

Matka Boża Różańcowa

Na koniec odwołajmy się do pewnego osobistego wątku. Jan XXIII był człowiekiem Różańca. Nie rozstawał się z nim od wczesnego dzieciństwa i modlił się na nim codziennie. Gdy pytamy, co przekonało go do objawień fatimskich, słyszymy w odpowiedzi: To, że Matka Boża nazwała się w Fatimie Matką Bożą Różańcową. Jan XXIII bardzo lubił ten tytuł. Może szkoda, że zapomnieliśmy, iż w 1917 r. trojgu portugalskich pastuszków nie objawiła się Matka Boża Fatimska, ale Matka Boża Różańcowa. Bo w tym tytule zawiera się wielkie przesłanie Fatimy skierowane do całego świata.

 

Wincenty Łaszewski   Nasz Dziennik

 

 
Liturgia Słowa
2013.05.03_...
Image Detail