Imieniny

1 Października 2016
Sobota
Imieniny obchodzą:
Benigna,
Cieszysław, Danuta,
Dan, Danisz, Igor,
Jan, Remigiusz
Do końca roku zostało 92 dni.
Liczba odsłon
mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDzisiaj115
mod_vvisit_counterWczoraj163
mod_vvisit_counterW tym tygodniu1229
mod_vvisit_counterW ubiegłym tygodniu1814
mod_vvisit_counterW tym miesiącu115
mod_vvisit_counterW ubiegłym miesiącu8177
mod_vvisit_counterWszystkich1076403

 

Głośmy odważnie prawdę o rodzinie

 

 

 

Wystąpienie ks. kard. Roberta Saraha, prefekta Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, podczas Narodowego Katolickiego Śniadania Modlitewnego 2016 w Waszyngtonie, 17 maja 2016 roku 

 

      Dziękuję za zaproszenie mnie na to ważne spotkanie, które odbywa się z udziałem tak znamienitego audytorium. Jak Państwo dobrze wiedzą, to, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych, ma swoje reperkusje na całym globie ziemskim. Cały świat patrzy na Was, modląc się i czekając, żeby zobaczyć, jakie decyzje Ameryka podejmie w kwestii naglących wyzwań, w obliczu których staje dzisiejszy świat. Takie jest Wasze oddziaływanie i odpowiedzialność. Mówię to na serio, ponieważ czasy, w których żyjemy, są brzemienne w skutki. 

 

1. Sytuacja na świecie i misja Kościoła 

 

   W minionym półwieczu szybkiemu rozwojowi społeczno-ekonomicznemu nie towarzyszył równie intensywny postęp w sferze duchowej. W efekcie, jak mówi Papież Franciszek, mamy do czynienia z „globalizacją obojętności”1. Jest ona skutkiem poddawania się złudzeniu, że jesteśmy samowystarczalni, że – według szerzącego się podejścia indywidualistycznego – człowiek jest miarą rzeczy dla samego siebie. W naszych społecznościach postawa ta znajduje wyraz w strachu przed cierpieniem, w zamykaniu oczu i serca na ludzi biednych i bezbronnych, a także w godnym pogardy sposobie odrzucania dzieci nienarodzonych i osób w podeszłym wieku. W konstytucji apostolskiej „Humanae salutis”, będącej proroczą zapowiedzią zwołania Soboru Watykańskiego II, święty Papież Jan XXIII zaznaczył, że wspólnota ludzka pogrążona jest „w chaosie”, próbując ustanowić na świecie nowy ład oparty wyłącznie na osiągnięciach naukowych i technicznych, a nie na Panu Bogu2.

 

Dzisiaj jesteśmy świadkami i konsumentami owoców następnego etapu wysiłków zmierzających do zbudowania utopijnego raju na ziemi bez Pana Boga. Jest to etap całkowitego zaprzeczania istnieniu grzechu i upadku. Uśmiercenie Pana Boga prowadzi do pogrzebania dobra, piękna, miłości i prawdy. Dobro staje się złem, piękno staje się brzydotą, miłość sprowadza się do zaspokajania pierwotnych instynktów seksualnych, a wszystkie prawdy stają się względne. Tak więc w społeczeństwach wysoko rozwiniętych wszystkie odmiany niemoralności są nie tylko akceptowane i tolerowane, lecz również promowane jako dobro społeczne. W efekcie mamy do czynienia z wrogością wobec chrześcijan i ze wzrostem prześladowań na tle religijnym. Nigdzie indziej nie jest to tak wyraźne jak w zagrożeniu, na które społeczeństwa narażają instytucję rodziny poprzez wprowadzanie demonicznej „ideologii gender” – śmiercionośnego impulsu rozchodzącego się po świecie coraz bardziej odcinanym od Pana Boga poprzez kolonializm ideologiczny.

 

    W 1962 roku święty Papież Jan XXIII powiedział: „Liczne i trudne zadania ciążą na Kościele. Wiemy, że tak było we wszystkich najtrudniejszych momentach historii. Obecna chwila wymaga od Kościoła, by niespożytą, żywotną i Bożą moc Ewangelii wlał w żyły dzisiejszej ludzkości”3.

 

Jest to wyzwanie dla Kościoła, które w obecnym czasie jest jeszcze bardziej aktualne niż w 1962 roku, i jest to zadanie dla nas na dzisiaj. O tym właśnie mówiłem w mojej książce „Bóg albo nic”. „W obecnym czasie Kościół musi walczyć z panującymi trendami odważnie i z nadzieją, nie bojąc się podnieść głosu demaskującego [potępiającego] hipokrytów, manipulatorów i fałszywych proroków. Przez dwa tysiące lat Kościół musiał zmagać się z wieloma przeciwnymi wiatrami, ale najtrudniejsza podróż zawsze kończyła się zwycięstwem”4. 

 

2. Rodzina „Przyszłość Kościoła i świata idzie przez rodzinę”5. 

 

   Te prorocze słowa św. Jana Pawła II pokazują, w jaki sposób Kościół w obecnym czasie musi przede wszystkim bronić i promować piękno chrześcijańskiej rodziny zgodnej z Bożym zamysłem. W adhortacji posynodalnej „Amoris laetitia” („Radość miłości”) Papież Franciszek mówi wyraźnie: „Kościół w żadnym przypadku nie może wyrzec się proponowania pełnego ideału małżeństwa, planu Bożego w całej swej okazałości […] ani proponowania mniej, niż to, co Jezus oferuje człowiekowi”6.

 

Dlatego też Ojciec Święty stanowczo broni nauczania Kościoła w sprawach antykoncepcji, aborcji, homoseksualizmu, technik wspomaganego rozrodu, edukacji dzieci i wielu innych kwestii. Kiedy zostałem arcybiskupem Konakry (Gwinea, Afryka), przez pierwsze pięć lat wszystkie moje listy duszpasterskie poświęciłem problematyce rodziny. Być może jedynie piękno rodziny może obudzić tęsknotę za Bogiem w najgłębszych zakamarkach sumienia naszych braci i sióstr i uleczyć rany zadane ludzkości przez grzech.

 

Święty Jan Paweł II, Papież nowej ewangelizacji, w adhortacji „Familiaris consortio” wskazuje na rodzinę jako na pierwszą wspólnotę powołaną do przyjmowania i do głoszenia Ewangelii osobie ludzkiej. Jak wiele prawdy kryje się w tych słowach!7 Wielkoduszna i odpowiedzialna miłość współmałżonków, wyrażona w ich oddaniu i poświęceniu się jako rodziców, którzy przyjmują dzieci jako Boży dar i troszczą się o nie, powoduje, że miłość jest widoczna w naszym pokoleniu. Miłość ta uobecnia doskonałą miłość Trójcy Świętej. Jak mówi św. Augustyn: „Jeśli widzisz miłość, widzisz Trójcę”8. Od początku stworzenia Bóg, który jest komunią osób – Ojca, Syna i Ducha Świętego (trzy różne Osoby, ale jeden Bóg) – wpisał w naszą naturę strukturę trynitarną. Na kontynencie, z którego pochodzę, tj. w Afryce, mówimy: „Mężczyzna jest niczym bez kobiety, kobieta jest niczym bez mężczyzny, a tych dwoje jest niczym bez osoby trzeciej, tj. bez dziecka”. Trójjedyny Bóg mieszka w każdym z nas i przenika całą naszą istotę, którą stworzył na swój własny obraz i podobieństwo. Każda istota ludzka, na wzór Osób Trójcy Świętej, jest zdolna do tego, by poprzez „vinculum caritatis” – tj. więź miłości – Ducha Świętego jednoczyć się i pozostawać w duchowej komunii z innymi osobami.

 

    Rodzina jest naturalnym przygotowaniem i oczekiwaniem takiej komunii, która jest możliwa tylko wtedy, gdy jesteśmy zjednoczeni z Bogiem. Rodzina jest niejako naturalnym „praeparatio evangelica”, tj. przygotowaniem do Ewangelii, wpisanym w naszą naturę. Dlatego diabłu tak bardzo zależy na zniszczeniu rodziny. Jeśli rodzina ulega zniszczeniu, tracimy dany nam przez Boga antropologiczny fundament i jest nam trudniej przyjąć zbawczą Dobrą Nowinę o Jezusie Chrystusie i tak jak On składać siebie w ofierze, kochając miłością rodzącą owoce.

 

Święty Jan Paweł II wyjaśniał to następująco: o ile prawdą jest, że rodzina jest miejscem, w którym – bardziej niż gdziekolwiek indziej – osoba ludzka może rozwijać się, będąc prawdziwie sobą, to jednak jest ona również miejscem, w którym człowiek może zostać zraniony w swoim człowieczeństwie i w swoim duchu. Zerwanie fundamentalnych relacji czyjegoś życia – poprzez separację, rozwód, czy wpajanie zniekształconego obrazu rodziny, poprzez życie w konkubinacie czy w związku z osobą tej samej płci – zadaje głęboką ranę, która zamyka serce na miłość ofiarną aż do śmierci, a nawet prowadzi do cynizmu i rozpaczy. Sytuacje tego typu wyrządzają krzywdę małym dzieciom, zaszczepiając w nich głęboką egzystencjalną nieufność do miłości. Są skandalem, gdyż powodują blokadę, która tym najbardziej bezbronnym istotom uniemożliwia wiarę w miłość, i przygniatającym ciężarem, który może człowieka zamknąć na przyjęcie uzdrawiającej mocy Ewangelii. Społeczeństwa wysoko rozwinięte, w tym również to społeczeństwo – co z przykrością stwierdzam – zrobiły i nadal robią wszystko, co możliwe, by zalegalizować takie sytuacje. Jednakże działania tego typu nigdy nie mogą zapewnić skutecznych rozwiązań, gdyż są jak opatrunek nałożony na zainfekowaną ranę, która zatruwa organizm tak długo, jak długo nie zastosuje się antybiotyku. Smutnym zjawiskiem jest to, że pojawienie się technik sztucznego wspomagania rozrodu, zastępczego macierzyństwa, tzw. małżeństw homoseksualnych i innych form zła, jakie niesie ze sobą ideologia gender, zada jeszcze więcej ran pokoleniom doby obecnej, wśród których żyjemy. Dlatego tak ważne jest, by podjąć walkę w obronie rodziny, która jest pierwszą komórką życia w Kościele i w społeczeństwie. Nie jest to walka o abstrakcyjne idee. Nie jest to wojna pomiędzy konkurującymi ze sobą ideami. Jest to obrona nas samych, naszych dzieci i przyszłych pokoleń przed demoniczną ideologią, która mówi, że dzieci nie potrzebują matek i ojców, która zaprzecza ludzkiej naturze i która chce odciąć od Boga całe pokolenia. 

 

3. Wolność religijna 

 

   Zachęcam was, byście naprawdę skorzystali z wolności zgodnej z zamysłem waszych ojców założycieli, bo inaczej stracicie ją. W tak wielu krajach prawie codziennie słyszymy o bezlitosnych aktach ścinania głów, bezsensownych bombardowaniach kościołów, podpalaniu sierocińców i bezlitosnym wyrzucaniu z domów całych rodzin. Takie prześladowania cierpią mniejszości religijne na całym świecie jedynie z powodu swojej wiary. Nawet w naszym młodym, dwudziestym pierwszym stuleciu, które trwa dopiero szesnaście lat, na całym świecie męczeńską śmierć poniosło milion wyznawców Jezusa Chrystusa. Jednakże przemoc, jakiej doświadczają chrześcijanie, nie jest jedynie przemocą fizyczną. Jest to również przemoc polityczna, ideologiczna i kulturowa. Ta forma prześladowań religijnych jest równie niszcząca, ale bardziej ukryta. Nie zabija fizycznie, lecz duchowo, uderzając w naukę Jezusa i Jego Kościoła, czyli w fundamenty naszej wiary – poprzez sprowadzanie dusz na manowce. Poprzez tę formę przemocy przywódcy polityczni, grupy lobbingowe i mass media próbują zneutralizować i zdepersonifikować sumienia chrześcijan, „rozcieńczając” je w płynie, jakim jest społeczeństwo bez religii i bez Boga. Jest to działanie i dążenie Złego, który pragnie zamknąć nam niebo… z zazdrości.

 

Czyż nie widzimy znaków tej podstępnej wojny, jaka toczy się w wielkim narodzie Stanów Zjednoczonych?

 

    W imię „tolerancji” niszczy się nauczanie Kościoła na temat małżeństwa, płciowości i osoby ludzkiej. Legalizacja związków małżeńskich pomiędzy osobami tej samej płci, obowiązek akceptacji antykoncepcji w ramach programów ochrony zdrowia czy nawet tzw. ustaw łazienkowych zezwalających mężczyznom na korzystanie z damskich toalet i szatni. Czyż biologiczny mężczyzna nie powinien korzystać z toalety dla mężczyzn? Chyba to proste? [Ustawa łazienkowa, tzw. Bathroom Bill – nazwa aktu prawnego w USA, odnoszącego się do tożsamości genderowej i zakazującego dyskryminacji w pomieszczeniach publicznych – czyli zezwalającego przedstawicielom jednej płci na korzystanie z pomieszczeń przeznaczonych dla drugiej płci, np. z toalet i przebieralni].

 

   Jakże nisko upadamy jako naród zbudowany na danym nam przez pierwszych osadników i założycieli zbiorze moralnych zasad dotyczących Pana Boga, osoby ludzkiej, znaczenia życia i celu społeczeństwa!

 

W waszych dokumentach konstytucyjnych Bóg nazwany jest „Stwórcą” i „Najwyższym Sędzią” nad każdym z obywateli i nad rządem kraju. Osoba ludzka posiada dane jej przez Boga, a więc niezbywalne, prawo do „życia, wolności i dążenia do szczęścia”.

 

George Washington napisał: „Ustanowienie wolności obywatelskiej i religijnej było motywem, który zaprowadził mnie na pole bitwy”.

 

Dzisiaj stoimy w obliczu bitwy z chorobą, która opanowała świat. Powtarzam: bitwy z chorobą, gdyż właśnie z czymś takim mamy do czynienia. Nazywam tę chorobę „likwidacją Boga, spychaniem Go poza margines”.

 

Papież Franciszek tak opisuje przyczyny tej choroby: „Wolność religijna dotyczy nie tylko poglądów czy prywatnego kultu. To wolność życia zgodnego z zasadami moralnymi wynikającymi ze znalezionej prawdy, tak prywatnie, jak i publicznie. To jest wielkie wyzwanie w zglobalizowanym świecie, gdzie słabość myślenia, która jest przecież chorobą, obniża także ogólny poziom etyczny. W imię fałszywego pojęcia tolerancji kończy się tym, że prześladuje się ludzi broniących prawdy o człowieku i jej konsekwencji etycznych”9.

 

Jakie jest lekarstwo na tę chorobę? Co powinniśmy zrobić, by ochronić rodzinę, wolność religijną i małżeństwo zgodnie z objawionym nam planem Bożym? Uwagi końcowe Tak znamienitemu audytorium oferuję trzy skromne sugestie. 

 

  1. Po pierwsze, bądźcie profetyczni. W Księdze Przysłów czytamy: „Gdy nie ma widzenia [proroczego], naród się psuje” (29,18).

 

Rozeznawajcie starannie – w życiu, w domach, w miejscach pracy – w jaki sposób w waszym narodzie Bóg jest rugowany, spychany poza nawias, likwidowany.

 

Błogosławiony Papież Paweł VI widział już w 1968 roku, że jest to problem, w obliczu którego staje Kościół. Napisał więc odważną encyklikę „Humanae vitae”. Jakie zagrożenia niesie obecny czas dla chrześcijańskiej tożsamości i dla rodziny? Państwo Islamskie, wzrost wpływu Chin, kolonizacja ideologiczna – np. gender. Jak na to reagujemy? 

 

2. Po drugie, bądźcie wierni. Taka jest moja druga sugestia – szczególnie dla was, jako dla mężczyzn i kobiet wezwanych do wywierania wpływu nawet na sferę polityczną. Macie misję wnoszenia Objawienia Bożego w życie waszych współbraci. Trzymajcie się mądrych zasad ustanowionych przez waszych ojców założycieli. Nie bójcie się głosić prawdy z miłością, szczególnie prawdy o małżeństwie zgodnie z planem Bożym. Bądźcie tak odważni jak św. Jan Chrzciciel, który, głosząc prawdę, ryzykował życiem. Bitwa o zachowanie korzeni człowieczeństwa jest być może największym wyzwaniem, przed jakim stanął świat od czasów jego stworzenia10. W słowach skierowanych do św. Katarzyny Sieneńskiej Pan mówi: „Głoś prawdę i nie milcz ze strachu”.

 

3. Po trzecie, módlcie się.

 

Czasami, w obliczu wydarzeń na świecie, w naszym narodzie, czy nawet w Kościele, brak widocznych owoców naszej modlitwy może wystawiać nas na pokusę zniechęcenia. Możemy czuć się jak mityczny Syzyf, skazany na wtaczanie na szczyt góry wielkiego głazu, który jednak przed wierzchołkiem zawsze wymyka mu się z rąk i stacza się na sam dół zbocza. W encyklice „Deus caritas est” Papież Benedykt XVI kieruje do nas słowa zachęty, mówiąc: „Kto modli się, nie traci czasu, nawet jeśli wszystko wskazuje na potrzebę pilnej interwencji i skłania nas jedynie do działania”11.

 

Czy to w kontekście doktryny, czy moralności, czy w decyzjach codziennego życia sercem modlitwy jest zawsze rozeznawanie woli Bożej. Rozeznanie to dokonywać się może jedynie w dłuższych chwilach ciszy [wewnętrznej], w której – podobnie jak Eliasz w obliczu zagrożenia życia ze strony królowej Jezebel – pozwalamy, by „delikatny Boży powiew” oświecił nas i umocnił na dalszej drodze poszukiwania woli Boga. Taka też była dziewicza cisza Matki Bożej. Na weselu w Kanie, wstawiając się za nowożeńcami i mówiąc „wina nie mają”, Maryja, nasza Matka, wierzyła, że Jezus udzieli łaski radości, która płynie z Jego wszechogarniającej miłości („Amoris laetitia”). Wypowiedziała tylko kilka słów: „Uczyńcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2,1-12). Następnie zamilkła. 

 

Bądźcie profetyczni, bądźcie wierni i módlcie się. 

 

Przybyłem na to Śniadanie Modlitwy, by skierować do was słowa zachęty i dodać wam odwagi. Bądźcie profetyczni, bądźcie wierni i przede wszystkim módlcie się. Te trzy sugestie wskazują na to, że bitwa o duszę Ameryki i duszę całego świata toczy się przede wszystkim w przestrzeni duchowej. Pokazują, że w pierwszej kolejności polem tej walki jest nasze codzienne nawracanie się zgodnie z wolą Pana Boga. Całym sercem popieram inicjatywę Śniadań Modlitwy i łączę się z wami w modlitwie o to, by ten wspaniały kraj doświadczył nowego, wielkiego „przebudzenia duchowego” i pomógł postawić tamę fali zła, która ogarnia cały świat. Jestem przekonany, że wasze wysiłki bez wątpienia przyczynią się do obrony ludzkiego życia i umocnienia rodziny, że staną na straży wolności nie tylko tutaj, w USA, lecz i na całym świecie. Bo w końcu i tak wszystko sprowadza się do tego, że: Albo Bóg, albo nic. Bardzo dziękuję za uwagę. 










Autoportrety polskich liberałów

 


Na początek muszę ostrzec, że pojęcie liberała i liberalizmu 
dzisiejszego nie jest ostre ani nawet jednolite. Słusznie pisze prof. Jacek Bartyzel, że należałoby mówić raczej o liberalizmach w liczbie mnogiej, dochodząc intuicyjnie do pewnego wspólnego „minimum liberalnego” („W gąszczu liberalizmów”, Lublin 2004). Toteż łatwo o nieporozumienie, o czym się mówi. Ja sam przykro doświadczyłem tego problemu. Oto długo zgadzaliśmy się z wybitnym profesorem w Warszawie i Lublinie, śp. Stefanem Kurowskim, co do aktualnych problemów polskich ostatniej doby. Ale kiedy napisałem zdecydowanie krytycznie o liberalizmie w ogóle, to mi odpisał z wyrzutem: „Co ksiądz pisze, przecież ja jestem liberałem!”. Oto okazało się, że on liberalizm wiązał z naukami ekonomicznymi, społecznymi, politycznymi i kulturowymi, a ja w artykule krytycznym miałem na myśli raczej ogólny liberalizm intelektualistyczny, filozoficzny, moralny i religijny. Taki liberalizm zajął dziś miejsce marksizmu w prądach umysłowych świata zachodniego. Toteż tym razem próbuję dać pewien szkic raczej praktyczny, typowy, oparty mniej czy więcej na wynurzeniach osobistych niektórych liberałów polskich w ujęciu raczej ideologicznym. Z autoportretu liberała ateisty


1. Typowy liberał polski w zakresie ideowym od razu różni się od zwykłego Polaka, wyrosłego na ponadtysiącletniej tradycji polskiej, tym że nie znosi lub nie lubi tematów tradycyjnych, klasycznych, poważnych, o Narodzie, o Ojczyźnie, o historii polskiej, o kulturze tradycyjnej, tym samym nie lubi powagi, patosu, emfazy, a zajmuje się najchętniej problematyką bieżącą, zjawiskami, sytuacjami życiowymi, karierą, krytyką historii i tradycji, zapowiadaniem nowego świata, do którego on ma wiele wnieść swojego.


2. Jest raczej indywidualistą. Lubi samotność, prace i zajęcia indywidualne, lubuje się sobą, kocha swoją ekscentryczność, rozwija kontakt z przyrodą raczej niż z ludami, z ludźmi to raczej dla popisu, chce imponować oryginalnością i burzeniem przeszłości. Bardzo kieruje się nastrojami, łatwo się zraża do ludzi i do wszystkiego. Raczej nie lubi rzeczy znormalizowanych, prawideł, reguł, zwyczajności. Lubi rozmaitość, chaos, szum, niepoddawanie się zwyczajom i utartym ścieżkom życia. Czesław Miłosz np. złościł się bardzo, gdy go literacko klasyfikowano, zaliczano do jakichś kierunków, stylów, kochał się w nieokreśloności, niezwykłości i w krytykowaniu wszystkiego, co przeszłe.


3. Polski liberał, jak zresztą i zgodny z nim polski lewicowiec, wyrasta najczęściej z tradycji religijnej, głównie katolickiej: uczył się katechizmu, był u Pierwszej Komunii, wychowany przez gorliwą matkę, za co ją ceni, choć raczej jako serdeczną przeszłość, chodził na lekcje religii, wierzył, modlił się, niekiedy nawet bywał ministrantem… Ale w okresie dojrzewania porzucił wiarę. Bóg i jego świat stawał mu się obcy, „staroświecki”, nieprzydatny, niewprowadzający go w jego „nowy” świat. Tym samym stracił dla niego wartość Kościół, zwłaszcza jako instytucja. Zrodziła się surowa krytyka duchownych jako ludzi „wczorajszych”, bezproblemowych, nieinteligentnych, bezkrytycznych fideistów, a wreszcie jako hipokrytów, którzy rzekomo nie wierzą w to, co głoszą i nie postępują według Ewangelii. Liberałowie i lewacy najbardziej irytują się, gdy duchowni stawiają jakieś żądania w imię Boga, nakazy i zakazy, postulaty życiowe i duchowe, które liberałowie traktują jako bezpodstawne uzurpacje, a przede wszystkim jako godzące w ich wolność, swobodę, niezależność, godność, oryginalność i nowoczesność. Niektórzy liberałowie dopuszczają religię tylko jako czysto osobiste i własne dociekanie sensu życia, jako rodzaj eksperymentu wiary w Boga czy też rodzaj zjawiska kulturowego. Ale normalnie liberała odrzuca dziś najbardziej obecność Kościoła w życiu publicznym, posiadanie wymiaru społecznego, państwowego, życiowego. Jeśli już dopuszcza religię, to bez żadnej instytucji i bez tez i prawd kategorycznych. Odrażają go prawdy absolutne, normy etyczne grożące sankcjami. Wspólnota religijna jako jednorodna merytorycznie i ściśle ukształtowana jest uważana za przymus, zniewolenie, determinizm. Liberał realizuje się jako zupełnie sam, wolny, niczym niezwiązany. Uważa, że nawet sama idea Boga zniewala, a cóż dopiero autorytatywny Kościół, uważający, że ma nieomylne prawdy i zasady i że może je innym podawać, a nawet narzucać. Katolicyzm postępowy, kulturalny, światły to stowarzyszenie czy spotkanie inteligentnych przyjaciół, którzy zamiast autorytatywnej wiary i teologii dzielą się swymi poglądami, dyskutują i dochodzą najwyżej do swoich ustaleń. Stąd np. nastolatki mają prawo ustalać sobie normy moralne w dziedzinie miłości i życia intymnego, a dorośli, poważni i uczeni, mają prawo stanowić główne prawdy i normy postępowania. Na przykład pewne grupy anglikańskie „doszły do przekonania w wierze”, że nauka o potępieniu to taka sobie stara forma straszenia pedagogicznego.


4. Dlatego liberał, podobnie jak lewicowiec, uważa, że jeżeli człowiek, np. katolik, jest przekonany absolutnie, że Bóg istnieje, to jest człowiekiem przestarzałym, mało inteligentnym i nie ma zmysłu wolności osobistej, przede wszystkim nie rozumie, że wiara w Boga i niewiara są całkowicie względne. Co więcej, nie chodzi tu tylko o trudne prawdy religijne. Zwolennicy czystego liberalizmu nieraz uważają, że nawet prawda i obiektywne dobro mogą się stać przymusem, ograniczającym pełną wolność człowieka. Prawda, dobro i piękno to są rzeczy względne i subiektywne. Liberałowie przyjęli od socjalistów tezę, że i państwo jest jednym wielkim przymusem i gwałtem. Dlatego u nas na początku cała grupa Donalda Tuska głosiła, że „państwa musi być coraz mniej”, a także rząd powinien coraz mniej rządzić, bo się narazi społeczeństwu liberalnemu. Była to stara socjalistyczna utopia. Dopiero po latach liberałowie nasi zmienili zdanie, choć było już za późno, gdyż społeczeństwo stawało się coraz szerzej zbiorowiskiem szabrowników państwa i prowadziło to coraz bardziej do zaniku moralnego zmysłu społecznego. Dlatego ludzie zdeprawowani przez ateistyczny marksizm i przez ateistyczny liberalizm coraz bardziej popierali społeczne i polityczne życie pozbawione rygorystycznej moralności społecznej i politycznej. Partie niezobligowane ścisłą etyką społeczną łudzą pełną swobodą nie tylko społeczną, ale i moralną, obyczajową, ekonomiczną, duchową. „Tablice Mojżeszowe” składa się do muzeum historycznego, a na ich miejsce głosi się zupełnie zamazane nowe „prawa europejskie”, których nikt nie może sformułować jasno i wymagająco lub nawet są tylko recepturą burzenia wszelkiego porządku i ładu duchowo-religijnego, przede wszystkim katolickiego.


5. Nurty liberalny, socjalistyczny, a także mniej sprecyzowany żydowski są szczególnie negatywnie nastawione do patriotyzmu polskiego: Polska, Naród Polski, Polak, katolik, polskość, Ojczyzna to – według nowych ideologii – mity, przede wszystkim ograniczają umysły i serca oraz twórczość ludzką. Dzisiejszy człowiek postępu ma być uniwersalistyczny i globalistyczny. I w tym duchu chyba większość z nich ustawicznie atakuje wszystko, co polskie i katolickie, sieje niepokój, zamieszanie i dezorientację. O co im ostatecznie chodzi? My też chcemy być wolni i kształtować się według naszych najlepszych wzorów i idei. I dajemy pełną wolność innym. Dlaczego oni nas ciągle lżą i biją? Przecież przez to kompromitują samych siebie i niszczą przyjazne i braterskie współżycie w jednym wspólnym domu polskim. Czy to jest moralne? Są nawet profesorowie, którzy wywodzą, że nie jesteśmy Polakami, bo przed tysiącem czy paroma tysiącami lat żyli na tych terenach rozmaici „inni” ludzie. Chcą przez to wykazać fikcję narodu, no i naszą „głupotę”. Przecież naród to nie jest jakaś zbiorowość biologiczna i ponadhistoryczna, stworzona w jednym momencie w całości. Jest to pewna gałąź antropogenetyczna kształtująca się z rodzin, rodów, plemion we wspólnym czasie, miejscu, historii, losie, języku i kulturze, do której wchodzą także osoby niezwiązane somatycznie, a tylko duchowo i zależnościowo, życiowo. Ale w antropologii społecznej naród jest najwyższą i najdoskonalszą formą bytu ludzkiego. Wystarczy zwrócić uwagę, jak społeczności tylko jeszcze na poziomie plemion wyrzynają się wzajemnie i nie tworzą wyższej kultury. Zachodzi podejrzenie, że człowiek zwalczający ogólnie narodowość albo jest niezadowolony ze swojej narodowości, albo tylko swoją wynosi pod niebiosa, albo jest wielkim pyszałkiem, uważającym, że on sam siebie stworzył, ukształtował i niezwykle wysoko udoskonalił, nie potrzebując niczyjej pomocy. Czy nie jest to jakiś nowy rodzaj targowicy, polegający na wzywaniu nauki (pseudonauki) o pomoc, by pomogła takiemu wyrodnemu człowiekowi usprawiedliwić jego nienawiść do otoczenia i uzasadnić jego ogromną pychę wyniosłości ponad wszystkich, ponad „pospólstwo”? Przy tym wszystkim posługuje się po mistrzowsku bronią podstępu i kłamstwa, czego zresztą nie uważa za zło, lecz udoskonalenie techniki życia w „nowym wieku”. Z autoportretu liberała katolika Profil duchowy liberała katolika jest bardzo zbliżony do profilu ateisty, choć często jest mniej radykalny w dziedzinie spraw świeckich, a bardziej radykalny w ataku na katolicyzm klasyczny, jak to jest zazwyczaj w sektach.


1. Ten niezwykły radykalizm emocjonalny dotyczy najpierw roli sumienia kobiety co do aborcji. Kobiety z katolewicy uważają często, że „nie zabijaj” w tym przypadku nie jest sprawą Kościoła, lecz tylko osobistego sumienia. Przykazanie „nie zabijaj” uważa się głównie za kościelne i nie może ono obligować w życiu państwowym. Tutaj najwyższą i jedyną normą moralną jest sumienie: osobiste, własne, ponadkościelne i w ogóle niezależne. Toteż jeśli kobieta uzna, że mające się urodzić dziecko „bardzo jej przeszkadza”, to może je „usunąć” jak przeszkodę z drogi. Jeśli sumienie własne jej zezwala, to jest bez winy i wobec rodziny, i wobec państwa, i wobec Boga. Kryje się za tym w ogóle mylne założenie, że moralność jest sprawą czysto osobistą i subiektywną. Liberałowie nie rozumieją, że sumienie jest najbliższą normą moralną także obiektywną, jednak musi być prawidłowo ukształtowane, bo może być niekiedy całkowicie znieprawione lub mylnie ukształtowane przez dane środowisko, jak to się często zdarza u przywódców politycznych, u ludobójców czy pospolitych morderców. Człowiek musi mieć też pewną wiedzę etyczną. Dlatego każdemu człowiekowi jego otoczenie musi dać odpowiednią wiedzę etyczną, która sumienie umacnia.


2. U liberałów, którzy – jak uważają – wychodzą ze „stęchłej” atmosfery katolickiej dawności, występuje często uraz krytyczny w stosunku do przeszłości. Taki katolik chłonie bezkrytycznie nową atmosferę liberalną, nową mentalność, nowe horyzonty. I tak powstały dwa zwalczające się światy wartości. My zarzucamy im antypolskość, zatracanie tożsamości polskiej, poczucie niższości wobec świata nadchodzącego z Zachodu, demoralizację, kapitulację światopoglądową, zdradę, masochizm narodowy, sekciarstwo polskie liberalne, kapitulanctwo duchowe, degradację narodową i inne, a oni uważają, że Polacy klasyczni są już wsteczni, „przedawnieni”, antyinteligenccy, nierozumiejący ducha czasu, nacjonaliści, ksenofobowie, zaściankowi, hamujący wszelki postęp i zaprowadzający znowu we wszystkim Kościół średniowieczny. I tak powstała walka między tymi dwoma światami wartości, której – według liberałów nawet religijnych – nie może rozwiązać tradycyjny Kościół, a jedynie liberalizm, bo jeśli Kościół się niezliberalizuje, to zginie. Podobnie będzie – mówią – z państwem polskim: jeśli nie stanie się ono liberalistyczne jak na Zachodzie, to pójdzie w ruinę całkowitą. I tu liberałowie, nawet wierzący, przyjmują jak najbardziej szaloną i straceńczą tezę depresyjną, a mianowicie: jeśli Kościół polski ma przetrwać i żyć dalej w Polsce, to musi się wycofać całkowicie z życia publicznego: socjalnego, politycznego, kulturowego, państwowego i naukowego.


3. Tymczasem – zdaniem liberałów polskich dziś – klasyczna Polska nie chce odnowy w duchu liberalizmu, tylko tęskni za pewnym determinizmem. Po roku 1989 inteligencja polska chciała odrzucić zamordystyczny komunizm, Radiokomitet, cenzurę, prześladowanie, chciała być wolna od nakazów i zakazów i wolna od wszelkiej inwigilacji. A tu nagle w miejsce dawnych „porządków komunistycznych” wprowadza się w Polsce „nowe porządki” zniewalające. Od razu Marek Jurek jako poseł nie zadowolił się przywróceniem orłu korony, na co przystali i liberałowie, lecz zażądał ponadto jeszcze krzyża na koronie po starej myśli: „Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem Polska jest Polską, a Polak Polakiem”. Dokładnie oznaczało to – zdaniem liberałów katolickich – powrót Polski bogoojczyźnianej, zaściankowej, nietolerancyjnej, wykluczającej z państwa inne wyznania i inne religie, głównie Żydów i muzułmanów. Notabene dodawanie muzułmanów do Żydów stało się – jak widzimy – chwytem propagandowym, że niby Żydzi sami są wzorem tolerancji, upominając się stale nie tylko o prawa dla siebie, ale i dla muzułmanów, swoich zaciekłych wrogów. Coś podobnego stosuje także Hollywood w swoich filmach: żeby uniknąć oskarżenia o dyskryminację Murzynów, to prawie w każdym filmie dają jakąś rolę i Murzynowi, tyle że z reguły na doczepkę bez znaczenia. W każdym razie według naszych liberałów Polska nowa ma być nie tylko multi-kulti, ale i wielowyznaniowa. Tymczasem Polacy po roku 1989 śmieli żądać, żeby nawet telewizja szczególnie szanowała wartości chrześcijańskie, co przecież „było wywołaniem wojny ideologicznej”. Tymczasem wartości chrześcijańskie należało prywatnie szanować, ale nie czynić tego w życiu publicznym, państwowym, bo to narusza wolność innych.


4. Zdaniem liberałów, zwłaszcza z lobby żydowskiego, „Solidarność”, oddana z czasem w ręce tradycyjnych Polaków, zdegenerowała się. Zaczęła w III RP bronić tylko swoich interesów i przywilejów z pominięciem innych grup społecznych. Do dziś najbardziej bolesne jest, że Kościół polski nie broni i nie wspiera PO, KOD i Nowoczesnej, które są za demokracją. Tego Jan Paweł II by nie robił, bo pod koniec swego pontyfikatu coraz więcej cenił wolność. Liberałowie podtrzymują, że teraz Kościół polski uważa, że nienawiść jest tylko po stronie opozycji, a nie ma po stronie PiS, które chciałoby zaprowadzić swój porządek w państwie. Kiedyś wprowadzenie „religii” do szkół (w szkole chodzi o „naukę religii", a nie o „religię” – uwaga moja) stało się za szybko, bez krytycznej dyskusji sejmowej, która by zapewne nie pozwoliła na inwazję Kościoła na szkoły. Religia bowiem jest sprawą prywatną. Również zaskakujące było podpisanie konkordatu bez pogłębiającej dyskusji w Sejmie, co sprzyjało dawnym poglądom. Przyjęto także, że za lekcje religii płaci państwo, tzn. wszyscy, a przecież są i niewierzący, koszty powinni ponosić tylko wierzący. Wtrącę tu, że na budżet, czyli także na niewierzących, składają się wszyscy wierzący, czyli z budżetu wierzących nie powinni korzystać – według tej nieludzkiej i idiotycznej zasady – wszyscy niewierzący lub wierzący nie po katolicku. I liberał brnie dalej w kierunku sekciarskim, a mianowicie lekcje w szkole powinny być nauką o religiach świata w ogóle, żeby nie wtłaczać młodzieży i w instytucjach państwowych przestarzałego katolicyzmu w formie katechizacji. Katechizacja powinna się odbywać tylko w niepaństwowych budynkach. Przy czym nawet i tutaj powinni uczyć przede wszystkim świeccy, bo księża nie dają żadnej wiedzy. Zakłada to pogląd, że księża jako tacy są ciemni i nie pojmują już nowego świata.


5. Liberał wskazuje, że Kościół polski zapomina, że dziś, w czasach demokracji nie ma szerszej władzy nad inteligencją, ludami wysoko wykształconymi, światłymi, które mają istotną rolę w Kościele demokracji. Kościół, jeśli ma jeszcze trochę tradycyjnej władzy, to tylko nad Kościołem tradycyjnym, ludowym i masowym. Arystokracja zaś ma prawo udziału w układaniu wspólnego z hierarchią credo katolickiego. Żaden duchowny, nawet najwyższy, nie ma monopolu na prawdę i na prawo kościelne. Toteż wielkim błędem, według liberałów, było „wprowadzanie sacrum do życia społecznego i państwowego”. Bo dobro, nawet moralne, czynione na rozkaz władzy, nie będzie dobrem. Ekonomii prawdy i dobra nie realizuje już Kościół hierarchiczny i instytucjonalny, lecz sami indywidualni wybitni katolicy. Jan Paweł II okazał się zbyt konserwatywny, kiedy w Skoczowie w roku 1995 wypowiedział się, że „katolicy w Polsce są dyskryminowani”. Nic takiego nie było, tylko katolicy tracą władzę polityczną, której mieć nie powinni. Podobnie Jan Paweł II niesłusznie bronił prawicy i konserwatystów katolickich, krytykowanych przez „Tygodnik Powszechny”, zarzucając temu tygodnikowi, że „Kościół nie czuje się dość miłowany przez tenże „Tygodnik Powszechny”. Papież nie rozumiał jeszcze nowego Kościoła i jego roli dziś. Bał się nadal komunizmu i nie rozumiał liberalizmu. Zbyt bronił przez cały czas duchownych w różnych ich niemoralnościach, a także nie ufał nowej teologii wyzwolenia. Jerzy Turowicz zrobił błąd, że ten list Papieża do „Tygodnika Powszechnego” w ogóle pokornie ogłosił. Powinien był pojechać do Watykanu i wytłumaczyć Ojcu Świętemu, jaka jest sytuacja Kościoła w Polsce, i powiedzieć, że napisał on ten list jak poeta, a nie jak Pasterz całego Kościoła. Przede wszystkim zapomniał, że zespół „TP” jest Kościołem. W ogóle lepiej byłoby modlić się do Karola Wojtyły osobiście niż do Papieża kanonizowanego formalistycznie przez instytucję.


6. I wreszcie nowy liberał polski uważa, że można rezygnować z patriotyzmu w klasycznym znaczeniu, z suwerenności państwa i z tradycji duchowej dla „postępu” i wielkiej korzyści społeczno-politycznej. Wystarczy patriotyzm i częściowa zależność od innych wtedy, kiedy obywatel Polski będzie dobrze pracował i rozwijał różne dobra dla siebie i dla swojej mniejszej wspólnoty, co się przełoży samoczynnie na dobro całego społeczeństwa. Członek UE nie może stawiać na pierwszym miejscu Polski i „Polska nie może już być niezależna od władz Unii”. Stąd „prawdziwy” liberał polski wścieka się, kiedy jest za to krytykowany. Sam bowiem uważa, że odkrył nową ojczyznę, nową moralność i nowy świat. Religia nie ma prawa rościć sobie pretensji do wpływu na to nowe życie publiczne. A jeśli to czyni, to miesza się do polityki nowoczesnej. Jedynie jako instytucja czy wspólnota duchowa winna otworzyć się na oścież na wszystkich ludzi, żeby mogli podyskutować o Chrystusie, określić sami swoją w niej rolę, przyjąć albo odrzucić jej prawdy i reguły, odrzucić autorytaryzm dogmatyczny, wybrać sobie dowolny styl i kodeks zachowań, odrzucić władzę hierarchii i swobodnie sobie wchodzić do tej wspólnoty albo wychodzić z niej. Słowem, religia Chrystusowa ma być poszukująca, dialogująca i otwarta na prawdy współczesne. Zdaniem liberałów, szczególnie zwolennicy Radia Maryja chcą cofnąć Kościół i Polskę do czasów średniowiecznych, co oznacza zgubę. Cała nadzieja w Papieżu Franciszku.


***


Nie jest człowiek w stanie w artykule napisać wszystko o radykalnym relatywistycznym liberalizmie, pędzącym jak duchowe tsunami i rozbijającym po drodze cały uporządkowany i sensowny świat dotychczasowy. Nas w Polsce dodatkowo boli, że liczne jednostki i wspólnoty włączają się w to uderzenie przeciwko Kościołowi i Polsce. Przypominają oni swoim zachowaniem przewrotne plemię starosemickich Edomitów, potomków Ezawa, którzy żyjąc częściowo w Królestwie Judzkim w roku 586 przed Chrystusem dołączyli ochoczo do potwornych wojsk babilońskich i króla Nabuchodonozora w zdobywaniu i niszczeniu świętej Jerozolimy i wykazali się szczególnym okrucieństwem wobec swoich pobratymców i wielką żądzą rządzenia całym krajem bezprawnie. Trzeba pamiętać o proroctwie Abdiasza do Edomitów: „Z powodu przemocy wobec brata twego, Jakuba, okryjesz się hańbą i przepadniesz na wieki. Bo uczestniczyłeś w tym, kiedy wrogowie kradli jego bogactwa, a cudzoziemcy wkraczali w jego bramy i o Jerozolimę (o Polskę!) rzucali losy. Nie wyciągaj rąk po jego bogactwa. Nie stawaj na skrzyżowaniu jego dziejowych dróg, aby zabijać jego uchodźców, ani nie handluj ocalałymi z (bezbożnej) niedoli” (Ab w. 10-14). My nie jesteśmy jednak pesymistami, wiemy, że „nasze zwycięstwo przyjdzie od Maryi” (kard. August Hlond). Bowiem to Ona zrodziła Zwycięzcę wielkiej herezji antropologicznej (haeresis anthropologica), uczącej dziś, jakoby człowiek był pełnym człowiekiem dopiero wtedy, gdy zaneguje lub wyrzuci ze swego życia Boga. Drogi Czytelniku, zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w wersji elektronicznej


Ks. prof. Czesław S. Bartnik




Artykuł opublikowany na stronie: http://www.naszdziennik.pl/mysl/160821,autoportrety-polskich-liberalow-dzis.html






Przemówienie Papieża Franciszka podczas czuwania z młodzieżą na Campus Misericordiae.


Drodzy młodzi !


Wspaniale jest być z wami na tym czuwaniu modlitewnym. Na zakończenie swego odważnego i poruszającego świadectwa Rand o coś nas poprosił. Powiedział nam: „Proszę was bardzo, byście modlili się za moją kochaną ojczyznę”. Historia naznaczona wojną, cierpieniem, utratą, kończąca się prośbą o modlitwę. Czy jest coś lepszego niż rozpoczęcie naszego czuwania od modlitwy? Pochodzimy z różnych stron świata, z różnych kontynentów, krajów, języków, kultur i narodów. Jesteśmy „dziećmi” narodów, które być może spierają się z powodu różnych konfliktów, a nawet wręcz są w stanie wojny. Przybywamy też z krajów, które mogą żyć w „pokoju”, które są wolne od konfliktów wojennych, gdzie wiele rzeczy bolesnych, które dzieją się na świecie, to tylko jakaś część wiadomości i artykułów prasowych. Ale jesteśmy świadomi pewnej rzeczywistości: dla nas tu i teraz, pochodzących z różnych części świata, cierpienie, wojna, którą przeżywa wielu ludzi młodych, nie są już czymś anonimowym, nie są już jakąś informacją prasową, ale mają imię, konkretne oblicze, historię, bliskość. Dziś wojna w Syrii jest bólem i cierpieniem wielu osób, wielu ludzi młodych, jak dzielny Rand, który jest tu między nami i prosi nas o modlitwę za swoją ukochaną ojczyznę. Istnieją sytuacje, które mogą wydawać się nam odległe, aż do chwili, kiedy w jakiś sposób ich nie dotkniemy. Istnieją rzeczywistości, których nie rozumiemy, ponieważ widzimy je tylko przez jakiś ekran (telefonu komórkowego lub komputera). Ale kiedy nawiązujemy kontakt z życiem, z tymi konkretnymi istnieniami, które nie są już zapośredniczone przez ekrany, wówczas dzieje się coś mocnego, odczuwamy zaproszenie do zaangażowania: „Dość zapomnianych miast”, jak mówi Rand; już nigdy więcej nie może się zdarzyć, aby bracia byli „otoczeni śmiercią i zabójstwami”, czując, że nikt im nie pomoże. Drodzy przyjaciele, zachęcam was do wspólnej modlitwy z powodu cierpienia tak wielu ofiar wojny, abyśmy raz na zawsze mogli zrozumieć, że nic nie usprawiedliwia krwi brata, że nic nie jest bardziej cennego od osoby stojącej obok nas. A w tej prośbie o modlitwę pragnę podziękować także wam, Natalio i Miguelu, bo i wy podzieliliście się z nami swoimi bitwami, swoimi wojnami wewnętrznymi. Przedstawiliście nam swoje zmagania i co uczyniliście, aby je przezwyciężyć. Jesteście żywym znakiem tego, co miłosierdzie chce w nas dokonać. Teraz nie zabierzemy się do wykrzykiwania przeciw komuś, nie zabierzemy się do kłótni, nie chcemy niszczyć. Nie chcemy pokonać nienawiści większą nienawiścią, przemocy większą przemocą, pokonać terroru większym terrorem. A nasza odpowiedź na ten świat w stanie wojny ma imię: nazywa się przyjaźnią, nazywa się braterstwem, nazywa się komunią, nazywa się rodziną. Świętujemy fakt, że pochodzimy z różnych kultur i łączymy się, żeby się modlić. Niech naszym najlepszym słowem, naszym najlepszym przemówieniem będzie zjednoczenie w modlitwie. Pozostańmy na chwilę w milczeniu i módlmy się; stawiajmy przed Bogiem świadectwa tych przyjaciół, utożsamiajmy się z tymi, dla których „rodzina jest pojęciem nieistniejącym, a dom jedynie miejscem do spania i jedzenia”, lub z tymi, którzy żyją w strachu, przekonani, że ich błędy i grzechy definitywnie ich wykluczyły. Postawmy w Bożej obecności także wasze „wojny”, zmagania, które każdy niesie ze sobą, w swoim sercu. (MILCZENIE) Kiedy modliliśmy się, przyszedł mi na myśl obraz apostołów w dniu Pięćdziesiątnicy. Jest to scena, która może nam pomóc w zrozumieniu tego wszystkiego, czego Bóg pragnie dokonać w naszym życiu, w nas i z nami. Tego dnia uczniowie byli zamknięci z obawy. Czuli się zagrożeni ze strony środowiska, które ich prześladowało, które zmuszało ich do pozostawania w małym pomieszczeniu, bezczynnie, jakby byli sparaliżowani. Opanował ich lęk. W tym kontekście stało się coś spektakularnego, coś wielkiego. Przyszedł Duch Święty i języki jakby z ognia spoczęły na każdym z nich, pobudzając ich do przygody, o której nigdy nie marzyli. Usłyszeliśmy trzy świadectwa; naszymi sercami dotknęliśmy ich historii, ich życia. Widzieliśmy, jak oni, na równi z uczniami, przeżywali podobne chwile, przeszli momenty, w których byli pełni strachu, kiedy wydawało się, że wszystko się zawali. Strach i niepokój, które rodzą się ze świadomości, że wychodząc z domu, człowiek może już nigdy więcej nie zobaczyć swoich bliskich, obawa, że nie będzie się czuł doceniony i kochany, strach, że nie będzie innych szans. Podzielili się z nami tym samym doświadczeniem, jakie było udziałem uczniów, doświadczyli lęku prowadzącego do jedynego miejsca: do zamknięcia. A kiedy strach ukrywa się w zamknięciu, to zawsze idzie w parze ze swoim „bliźniakiem”, paraliżem; poczucie, że jest się sparaliżowanym. Jednym z najgorszych nieszczęść, jakie mogą się przydarzyć w życiu, jest poczucie, że w tym świecie, w naszych miastach, w naszych wspólnotach nie ma już przestrzeni, by wzrastać, marzyć, tworzyć, aby dostrzegać perspektywy, a ostatecznie, aby żyć. Paraliż sprawia, że tracimy smak cieszenia się spotkaniem, przyjaźnią, smak wspólnych marzeń, podążania razem z innymi. Ale jest też w życiu inny, jeszcze bardziej niebezpieczny paraliż, często trudny do rozpoznania, którego uznanie sporo nas kosztuje. Lubię nazywać go paraliżem rodzącym się wówczas, gdy mylimy szczęście z kanapą! Sądzimy, że abyśmy byli szczęśliwi, potrzebujemy dobrej kanapy. Kanapy, która pomoże nam żyć wygodnie, spokojnie, całkiem bezpiecznie. Kanapa – jak te, które są teraz, nowoczesne, łącznie z masażami usypiającymi – które gwarantują godziny spokoju, żeby nas przenieść w świat gier wideo i spędzania wielu godzin przed komputerem. Kanapa na wszelkie typy bólu i strachu. Kanapa sprawiająca, że zostajemy zamknięci w domu, nie trudząc się ani też nie martwiąc. „Kanapa szczęście” jest prawdopodobnie cichym paraliżem, który może nas zniszczyć najbardziej; bo po trochu, nie zdając sobie z tego sprawy, stajemy się ospali, ogłupiali, otumanieni, podczas gdy inni – może bardziej żywi, ale nie lepsi – decydują o naszej przyszłości. Z pewnością dla wielu łatwiej i korzystniej jest mieć młodych ludzi ogłupiałych i otumanionych, mylących szczęście z kanapą; dla wielu okazuje się to wygodniejsze niż posiadanie młodych bystrych, pragnących odpowiedzieć na marzenie Boga i na wszystkie aspiracje serca. Prawda jednak jest inna: kochani młodzi, nie przyszliśmy na świat, aby „wegetować”, aby wygodnie spędzić życie, żeby uczynić z życia kanapę, która nas uśpi; przeciwnie, przyszliśmy z innego powodu, aby zostawić ślad. To bardzo smutne, kiedy przechodzimy przez życie, nie pozostawiając śladu. A gdy wybieramy wygodę, myląc szczęście z konsumpcją, wówczas cena, którą płacimy, jest bardzo i to bardzo wysoka: tracimy wolność. Właśnie tutaj mamy do czynienia z wielkim paraliżem, kiedy zaczynamy myśleć, że szczęście jest synonimem wygody, że być szczęśliwym to iść przez życie w uśpieniu albo narkotycznym odurzeniu, że jedynym sposobem, aby być szczęśliwym, jest trwanie jakby w otępieniu. To pewne, że narkotyki szkodzą, ale jest wiele innych narkotyków społecznie akceptowanych, które w ostateczności czynią nas bardzo, a przynajmniej bardziej zniewolonymi. Jedne i drugie ogałacają nas z naszego największego dobra: z wolności. Przyjaciele, Jezus jest Panem ryzyka, tego wychodzenia zawsze „poza”. Jezus nie jest Panem komfortu, bezpieczeństwa i wygody. Aby pójść za Jezusem, trzeba mieć trochę odwagi, trzeba zdecydować się na zamianę kanapy na parę butów, które pomogą ci chodzić po drogach, o jakich ci się nigdy nie śniło, ani nawet o jakich nie pomyślałeś, po drogach, które mogą otworzyć nowe horyzonty, nadających się do zarażania radością, tą radością, która rodzi się z miłości Boga, radością, która pozostawia w twoim sercu każdy gest, każdą postawę miłosierdzia. Pójść na ulice, naśladując „szaleństwo” naszego Boga, który uczy nas spotykania Go w głodnym, spragnionym, nagim, chorym, w przyjacielu, który źle skończył, w więźniu, w uchodźcy i w imigrancie, w człowieku bliskim, który jest samotny. Pójść drogami naszego Boga, który zaprasza nas, abyśmy byli aktorami politycznymi, ludźmi myślącymi, animatorami społecznymi. Pobudza nas do myślenia o gospodarce bardziej solidarnej. We wszystkich środowiskach, w jakich jesteście, miłość Boga zachęca nas do niesienia Dobrej Nowiny, czyniąc ze swojego życia dar dla Niego i dla innych. Możecie mi powiedzieć: Ojcze, ale to nie jest dla wszystkich, to tylko dla wybranych! Tak, a ci wybrani to ci wszyscy, którzy są gotowi dzielić swoje życie z innymi. Podobnie, jak Duch Święty przekształcił serca uczniów w dniu Pięćdziesiątnicy, tak też uczynił z naszymi przyjaciółmi, którzy dzielili się swoimi świadectwami. Miguel, użyję twoich słów: mówiłeś nam, że w dniu, kiedy w „Facenda” powierzono ci odpowiedzialność za pomoc w poprawie funkcjonowania domu, zacząłeś rozumieć, że Bóg czegoś od ciebie chce. W ten sposób rozpoczęła się transformacja. Drodzy przyjaciele, jest to tajemnica, do której doświadczenia jesteśmy powołani wszyscy. Bóg czegoś od ciebie oczekuje, Bóg czegoś od ciebie chce, Bóg czeka na ciebie. Bóg przychodzi, aby złamać nasze zamknięcia, przychodzi, aby otworzyć drzwi naszego życia, naszych wizji, naszych spojrzeń. Bóg przychodzi, aby otworzyć wszystko, co ciebie zamyka. Zaprasza cię, abyś marzył, chce ci pokazać, że świat, w którym jesteś, może być inny. Tak to jest: jeśli nie dasz z siebie tego, co w tobie najlepsze, świat nie będzie inny. Czasy, w których żyjemy, nie potrzebują młodych kanapowych, ale młodych ludzi w butach, najlepiej w butach wyczynowych. Akceptują na boisku jedynie czołowych graczy, nie ma na nim miejsca dla rezerwowych. Dzisiejszy świat chce od was, byście byli aktywnymi bohaterami historii, bo życie jest piękne zawsze wtedy, kiedy chcemy je przeżywać, zawsze wtedy, gdy chcemy pozostawić ślad. Historia wymaga dziś od nas, byśmy bronili naszej godności i nie pozwalali, aby inni decydowali o naszej przyszłości. Pan, jak w dniu Pięćdziesiątnicy, chce dokonać jednego z największych cudów, jakiego możemy doświadczyć: sprawić, aby twoje ręce, moje ręce, nasze ręce przekształciły się w znaki pojednania, komunii, tworzenia. Pragnie On twoich rąk, by nadal budować dzisiejszy świat. Chce go budować z tobą. Powiesz mi: Ojcze, ale mam swoje wielkie ograniczenia, jestem grzesznikiem, co mogę zrobić? Kiedy Pan nas wzywa, nie myśli o tym, kim jesteśmy, kim byliśmy, co zrobiliśmy lub czego nie zrobiliśmy. Wręcz przeciwnie: w chwili, kiedy nas wzywa, patrzy na wszystko, co moglibyśmy zrobić, na całą miłość, jaką jesteśmy w stanie rozsiewać. On zawsze stawia na przyszłość, na jutro. Jezus kieruje cię ku nowym horyzontom. Dlatego, przyjaciele, Jezus dziś ciebie zaprasza, wzywa cię, byś zostawił swój ślad w życiu, ślad, który naznaczyłby historię, który naznaczyłby twoją historię i historię wielu ludzi. Współczesne życie mówi nam, że bardzo łatwo skupić uwagę na tym, co nas dzieli, na tym, co nas rozłącza jednych od drugich. Chcieliby, byśmy uwierzyli, że zamknąć się w sobie to najlepszy sposób, by uchronić się od tego, co wyrządza nam zło. Dzisiaj my, dorośli, potrzebujemy was, byście nas nauczyli żyć razem w różnorodności, w dialogu, w dzieleniu wielokulturowości nie jako zagrożenia, lecz jako szansy: miejcie odwagę nauczyć nas, że łatwiej jest budować mosty niż wznosić mury! A wszyscy razem prosimy, abyście od nas żądali kroczenia drogami braterstwa. Budować mosty: czy wiecie, który z mostów trzeba budować jako pierwszy? Most, który możemy postawić tu i teraz: uścisk dłoni, podać sobie ręce. Odwagi! Zróbcie to teraz, tutaj, ten most podstawowy, i podajcie sobie ręce. To wspaniały most braterski. Oby nauczyli się go stawiać wielcy ludzie tego świata!... ale nie dla zdjęcia, ale by wciąż budować coraz wspanialsze mosty. Oby ten ludzki most był zaczynem wielu innych; będzie trwałym śladem. Dzisiaj Jezus, który jest drogą, wzywa ciebie do pozostawienia swojego śladu w historii. On, który jest życiem, zachęca ciebie do zostawienia śladu, który wypełni życiem twoją historię, a także dzieje wielu innych ludzi. On, który jest prawdą, zaprasza ciebie do porzucenia dróg separacji, podziału, bezsensu. Czy pójdziesz? Co twoje ręce i nogi odpowiedzą Panu, który jest drogą, prawdą i życiem?


RP, KAI Aktualizacja 31 lipca 2016 (12:54) 

Artykuł opublikowany na stronie: http://www.naszdziennik.pl/wiara-kosciol-w-polsce/163263,zostawic-slad.html


Wzmożenie ateizacji Polski

 

 

Audyt rządowy pokazał, co uczynili Polsce i nam ludzie do niedawna kierujący państwem i Narodem. Odkryła się jawnie i dowodnie „ohyda spustoszenia” (Dn 12,11). Przeprowadzający ten audyt ograniczyli się, zgodnie z regułami prawa, do dziedzin świeckich. Nie należy jednak zapominać i o dziedzinie duchowej, moralnej, religijnej. Warto więc przedstawić kilka uwag także z tej dziedziny.


O co głównie idzie?


Oto stała się rzecz dziwna. W Polsce po wygraniu wyborów prezydenckich i parlamentarnych przez PiS i Zjednoczoną Prawicę, wszystko lege artis, nagle okazało się, że naruszyliśmy demokrację naszą i europejską i zadaliśmy zbójecki cios w samo serce „Świętej Europie”. A przecież powinniśmy byli przegrać z kretesem. Powinniśmy byli przegrać, bo złamaliśmy jakieś wielkie przykazanie boga unijnego: „Nie będziesz czciła, Polsko, ’dawnego Boga’ przede mną i nie naruszysz nowego ładu, który może zaistnieć tylko bez Niego”. Widząc, co się święci, „dzieci nocy i ciemności (2 Kor 5,9), żeby się ostać, miały do wyboru: albo użyć siły, albo oszukać wyniki wyborów, albo zastawić zasadzkę prawną, a mianowicie tak ukształtować Trybunał Konstytucyjny, zdobyty w całości przez przegranych, żeby sparaliżował całkowicie działanie zwycięzców albo nawet zdelegalizował ich partie. Przegrani wybrali to trzecie, zresztą we współpracy z zarządem Trybunału. Kiedy jednak władze wybranych odkryły te zasadzki i odrzuciły je, przegrani wpadli w szał i zawołali do Komisji Europejskiej, do całej UE i do swych współbraci w wyrzucaniu Boga z życia publicznego na całym świecie, żeby pomogli obalić rząd albo przynajmniej sparaliżować go. Z czego to wszystko wynikło? Oczywiście najpierw z przykucia grubymi łańcuchami do własnej wszechwładzy, choćby i w najgorszym wydaniu. I wielu na tym domyśle kończy. Ale jest coś jeszcze głębszego. Dlatego niektórzy naprawdę i szczerze odchodzą od zmysłów, co widać w Sejmie? Dlaczego przegrani ryzykują odrzucenie ich całkowite przez społeczeństwo? Dlaczego nie zważają na to, że premier David Cameron przegra bliskie referendum? Dlaczego nie boją się, że przyczynią się wydatnie do rozbicia UE dzięki matactwom prawnym? Otóż najgłębiej biorąc, dlatego to wszystko, że nawet władze polskie wraz z licznymi milionami obywateli katolickich i religijnych rozbijają podstawowy dogmat w doktrynie liberalnej, a mianowicie, że nowe życie publiczne ma być ”bez Boga„ we wszystkich dziedzinach. Owszem, może ktoś mieć swoje takie ”hobby religijne„, że wierzy w Boga, ale tylko prywatnie i osobiście, bo w życiu publicznym, we wszystkich jego dziedzinach, od zwykłych gestów aż po sztukę i literaturę, Bóg ma zostać ”zabity„ po nietzscheańsku. Z Bogiem nie będzie wolności, nie będzie rozkoszy, nie będzie nowego, rajskiego świata. A tu nagle jawi się jakaś Polska jak Michał Archanioł z Bogiem w sercu, obrońca Kościoła, z mieczem przeciw diabłu. Złodzieje, korupcjoniści, oszuści wszelkiego rodzaju, zdrajcy, gorszyciele, degeneraci, mordercy bohaterów i obrońców Ojczyzny pierzchają przed światłem publicznym. Budzi się kultura inspirowana Bogiem i chrześcijaństwem, ożywia się genialny duch polski, poczucie godności i honoru, radość dziecka Bożego, ludziom daje skrzydeł nadzieja na życie doczesne i wieczne. Wolność i dobroć, zwalczane lub pomijane idee: osoby ludzkiej, prawa do życia, czystej miłości, rodziny, Ojczyzny, Narodu. Prezydent i prezes zwycięskiej partii przystępują do Komunii Świętej, partia rządząca rozumna i dostojna, rząd kieruje się prawem Bożym, nie tylko partyjnym, wojsko, policja, straż pożarna, służby specjalne, urzędnicy chodzą do kościoła, liczni świeccy są apostołami Ewangelii, młodzież zwiastuje lepszy świat… Wszystko to zaczyna rzutować i na sąsiednie kraje i na może 20-milionową Polonię rozsianą po całym świecie. A pani premier jest jak prawdziwa Matka Polka z eposów polskich i chyba dlatego rozwścieczeni wyznawcy ”świata inaczej„ chcieliby ją wysłać na ambasadora do Watykanu. Tak trudno się pogodzić z tym, że i największe dobro może być najbardziej znienawidzone przez człowieka złej woli.


Rugowanie katolicyzmu


Obłędne zachowania krajowych przeciwników ”zmiany polskiej„ tłumaczą jeszcze inne motywy, m.in. janczarowe wychowanie postkomunistyczne, ateistyczne i patriotyczne ”inaczej„ – ”patriotyzm antypolski„, lęki wielu, że po audycie może dojść do licznych i wielkich rozpraw prokuratorskich, co byłoby jeszcze groźniejsze, gdyby i obecny Trybunał Konstytucyjny doszedł do porozumienia z nowymi władzami. Stąd przywódcy buntu nie chcą żadnych porozumień, a jedynie obalenia rządu. Pośpiech zaś w próbach obalenia nowych władz tłumaczy się zapewne i tym, że Światowe Dni Młodzieży łącznie z wizytą Ojca Świętego zafiksują zwycięstwo patriotycznego PiS i osłabią bardzo antypolskie kalumnie rzucane na Polskę przez tych pseudoliberałów, no i umocnią i katolickość, i patriotyczność polską, przede wszystkim ożywią mocno postać i dzieło św. Jana Pawła II. W ogóle bardzo się cała Unia obawia, żeby Polska nie wyszła ze stanu wasalnego wobec Niemiec, w czym pomaga szczególnie żywy katolicyzm i dumny patriotyzm. Teraz rozumiemy, dlaczego za naszą katolickość i polskość jesteśmy ciągle przez naszych i niemieckich propagandystów tak usilnie nazywani faszystami, rasistami, nacjonalistami i ksenofobami. Wyjście Polski ze stanu wasalnego czy nawet kolonialnego staje się bardzo zaraźliwe dla państw Europy Środkowo-Wschodniej, która przez Zachód jest coraz gorzej traktowana. Niemcy nie chcą dopuścić, by Polska wyrosła na silną przywódczynię rządów katolickich, jak i ludzi Kościoła, do czego przyłączają się nawet niektórzy wyżsi duchowni niemieccy. W niemieckim Kościele katolickim tylko trzej biskupi diecezjalni nie zgodzili się na normalne udzielanie Komunii Świętej rozwodnikom żyjącym w nowym, nielegalnym związku małżeńskim.


”Państwo świeckie„


Prawników i polityków dzieli od dawna ostry spór, jaki powinien być stosunek między państwem a Kościołem: ”państwo świeckie„ czy ”państwo wyznaniowe„. Tymczasem oba określenia są nieostre i bywają opacznie rozumiane. Wiadomo, że dziś nie do przyjęcia są rozwiązania skrajne: z jednej strony ”teokracja„, gdzie Kościół sprawuje władzę nad państwem, jak kiedyś kahał nad Izraelem, a z drugiej strony ”państwo totalnie antyreligijne„ występujące niekiedy w XX wieku. Otóż zarówno Sobór Watykański II, jak i twórcy UE musieli się zmierzyć z tym problemem. W świeckiej teorii państwa utrwaliło się pojęcie rozdziału państwa i Kościoła. Jednak okazało się, że ten rozdział może być także różny: czysty prawnie, wrogi i przyjazny (M. Sitarz). Sobór obawiał się, że skrajny rozdział do postaci ”państwa świeckiego„ prowadzić może wprost do ”państwa ateistycznego„. I istotnie tak się dzieje często dzisiaj, że z człowieka wierzącego robi się schizofrenika, czyli rozdwojonego: na forum prywatnym, osobistym może sobie wierzyć w Boga i zachowywać Jego przykazania i prawa, ale na forum publicznym w ogóle, zwłaszcza państwowym, ściśle musi być ateistą i przestrzegać tylko prawa państwowego, choćby było ono przeciwne religijnemu. Na przykład prywatnie aborcję, czyli naruszanie życia drugiego, może sobie uważać za niedozwolone i religijnie za grzech, a publicznie, jeśli państwo zezwala na zabijanie, a on jest funkcjonariuszem publicznym, to musi zabijać, i nie tylko nie ma za to winy, lecz nawet ma zasługę za wykonanie prawa świeckiego. Tutaj trzeba zauważyć, że prawodawstwo niektórych państw pozwala wierzącym na zastosowanie klauzuli sumienia, choć nie brak u wielu takiej mętności, iż uważają oni, że prawo jest ponad klauzulą sumienia i lekarzy, np. choćby zabił i tysiące nienarodzonych, nawet tuż przed ich narodzeniem, nie ma żadnej winy w swoim sumieniu. Jednak problemy są bardzo poważne. Sobór zaproponował rozwiązanie ogólne w postaci autonomii państwa i Kościoła, lecz autonomii współpracy, a nie rozdziału absolutnego o charakterze państwowego ateizmu, czego domagają się i u nas niektóre całe partie i pojedynczy ateiści. ”Kościół – uczy Sobór – w żaden sposób nie utożsamia się ze wspólnotą polityczną i nie łączy z żadnym systemem politycznym, jest równocześnie znakiem i obroną transcendencji osoby ludzkiej. Wspólnota polityczna i Kościół są, każde na własnym terenie, od siebie niezależne i autonomiczne. Jednak i wspólnota polityczna, i Kościół, choć z różnego tytułu, służą osobistemu i społecznemu powołaniu tych samych ludzi. Służbę będą mogli pełnić dla dobra wszystkich tym skuteczniej, im lepiej prowadzić będą ze sobą zdrową współpracę, uwzględniając także okoliczności miejsca i czasu. Człowiek bowiem nie jest ograniczony do samego porządku doczesnego, ale żyjąc w historii ludzkiej, integralnie zachowuje swoje powołanie do życia wiecznego… Kościół posługuje się rzeczami doczesnymi, na ile wymaga tego jego posłannictwo… Zadaniem Kościoła jest popieranie i uwznioślenie wszystkiego, co we wspólnocie ludzkiej jest prawdziwe, dobre i piękne. Szanuje również i popiera polityczną wolność obywateli i ich odpowiedzialność… Zawsze i wszędzie niech będzie jego obowiązkiem głoszenie wiary z prawdziwą wolnością, pouczanie na temat swojej doktryny społecznej, efektywne wykonywanie swego zadania wśród ludzi, a także wydawanie osądu moralnego o sprawach, które dotyczą porządku politycznego, zwłaszcza gdy wymagają tego fundamentalne prawa osoby albo zbawienie dusz„ (KDK 76). UE cały problem przerzuca na prawodawstwo poszczególnych państw, ale raczej tylko w teorii, bo w praktyce różne czynniki unijne starają się, jak mogą, sugerować ateizację państwową. Według zapisów traktatowych UE szanuje się status Kościoła i związków religijnych nie na forum całej UE, lecz taki, jaki jest w poszczególnych państwach członkowskich (DzU UE 2010, C 83). U nas zaś Konstytucja z 1997 roku mówi wprawdzie o autonomii obu instytucji, ale też o przyjaznej współpracy dla dobra wspólnego: ”Stosunki między państwem a kościołami i innymi związkami wyznaniowymi są kształtowane na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie, jak również współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego„ (art. 25 p. 3). ”Stosunki między Rzeczpospolitą Polską a Kościołem katolickim określają umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską i ustawy„ (art. 25 p. 4). Mimo sformułowań o autonomii i niezależności oraz współdziałaniu dla dobra człowieka i dobra wspólnego wystąpiły u nas coraz silniejsze tendencje różnych orientacji, żeby separację przekształcić we wrogość państwa wobec Kościoła, przede wszystkim katolickiego, i zaprowadzić w pełni ateizm państwowy, czyli usunąć religię katolicką ze wszystkich dziedzin życia publicznego. I tak to ”państwo świeckie„ rozumieją jako instytucję ateistyczną i o misji ateizującej. Toteż obecna pozytywna współpraca między państwem a Kościołem doprowadza ich do szału, nawet tzw. katolików liberalnych. I uważają to za śmiertelne zagrożenie dla całej UE i dla ideologii unijnej. Przy tym całą swoją wściekłość ogniskują propagandowo na osobie Jarosława Kaczyńskiego, bo konkretna jednostka zawsze łatwiej ulega zniesławieniu, zwłaszcza gdy jest symbolem jakiejś antagonistycznej wspólnoty. Toteż Sobór uczy, że choć jest autonomia instytucji państwa i Kościoła, to jednak nie ma autonomii między wiarą a życiem, gdyż byt osobowy transcenduje ostatecznie obie te płaszczyzny i wiąże je z Bogiem. ”Jeżeli – uczy Sobór – przez autonomię rzeczy ziemskich rozumiemy to, że rzeczy stworzone i same społeczeństwa cieszą się własnymi prawami i wartościami uznawanymi, stosowanymi i porządkowanymi stopniowo przez człowieka, wówczas rzeczywiście godzi się jej domagać; nie jest to tylko postulat ludzi naszej epoki, lecz jest to zgodne z wolą Stwórcy, który podtrzymuje wszystkie rzeczy w istnieniu i […] sprawia, że są tym, czym są. […] Jeżeli jednak przez słowa ’autonomia rzeczy doczesnych’ rozumie się to, że rzeczy stworzone nie zależą od Boga i że człowiek może z nich korzystać bez odniesienia do Stwórcy, każdy, kto uznaje Boga, czuje, jak fałszywe są tego rodzaju stwierdzenia. Stworzenie bowiem bez Stwórcy ginie… Co więcej, poprzez zapomnienie o Bogu samo stworzenie staje się niezrozumiałe„ (KDK 36) (por. KDK 41). Toteż ”wiara przenika całe, także świeckie, życie wiernych i skłania ich do sprawiedliwości i miłości, zwłaszcza wobec potrzebujących„ (KDK 21). Kościół jednak jest otwarty na współpracę z ateistami w państwie: ”Kościół zaś, chociaż zupełnie odrzuca ateizm, szczerze jednak wyznaje, że wszyscy ludzie, wierzący i niewierzący, powinni przyczyniać się do właściwego zbudowania tego świata, w którym wspólnie żyją; nie można tego z pewnością dokonać bez szczerego i roztropnego dialogu. Kościół uskarża się jednak na dyskryminujące zróżnicowanie na wierzących i niewierzących, jakie niesprawiedliwie wprowadzają niektórzy przywódcy państw, nie uznając fundamentalnych praw osoby ludzkiej„ (KDK 21). W każdym razie nie można w wielu dziś państwach, np. we Francji, chwalić ”państwa świeckiego„, gdyż oznaczać ono może to samo co ”państwo ateistyczne„ i realizujące ateizm we wszystkich dziedzinach życia tak publicznego, jak i osobistego. Obecnie to już i w Polsce znaczna część opozycji politycznej chce rozumieć ”państwo świeckie„ jako równoznaczne z ”państwem ateistycznym„, rugującym religię z życia zbiorowego.


Problem islamski w Europie


Niedawno jeden z moich studentów zapytał mnie, czy nie można by przyjąć, że i islam należał do korzeni Europy. Otóż według wiedzy historycznej i zwykłej obserwacji dzisiejszej kultury europejskiej są trzy jej korzenie: Jerozolima – judaizm i osoba Jezusa Chrystusa, Grecja ze swoją genialną myślą i sztuką oraz Rzym ze swoją ideą prawa i organizacji społecznej. Islamiści pojawili się w Arabii w wieku VII. Od razu ruszyli na podbój świata w sensie religijnym i militarnym. W roku 711 dotarli do Europy, zajęli Hiszpanię i nacierali na Galię. Wyparł ich stąd Karol Młot w bitwach pod Tours i Poitiers w roku 732. Z Hiszpanii zostali wyparci w XV wieku. Tatarzy atakujący Polskę i Europę Południowo-Wschodnią nie byli jeszcze muzułmanami, dopiero Złota Orda, która w XIII w. podbiła Ruś Kijowską. Podobnie Turcy osmańscy w XIV w. podbili Bułgarię, następnie Serbię, część Węgier, a inne jeszcze tereny w XV wieku. Następnie były częste walki z wojskami polskimi. Europa istniejąca jeszcze przed Chrystusem była terenem wędrówek i walk różnych ludów: celtyckich, germańskich, słowiańskich, bałtyckich, kaukaskich, mongolskich i innych, ale nie były one głównymi korzeniami kultury europejskiej, raczej oznaczały tylko pewne, raczej znikome wpływy. Kultura jest wysokim tworem duchowym i ma jedne istotne struktury (F. Koneczny). W każdym razie nie można też przyrównywać rozesłania apostołów przez Chrystusa na cały świat (Mt 28,19-20) z powstaniem islamu w 632 roku, bo Jezus wysłał dwunastu ludzi do głoszenia orędzia miłości Boga i ludzi, a w 632 roku zostali wysłani ludzie na dżihad, czyli świętą wojnę. Także i dziś wśród przybyłych do Niemiec ”uchodźców„ odkryto ok. 500 dżihadystów i ok. 2000 ludzi ich wspierających.

Współcześni janczarowie

Ciśnie się i dzisiaj pytanie, jak wytłumaczyć takie zjawisko, że oto jakaś sprawa jest jasna jak słońce, że trzeba mieć dobrą wolę, nie oszukiwać, miłować bliźniego, radować się drugim człowiekiem, żyć prawdą, kochać Ojczyznę… A tu odkrywamy całe wspólnoty czy ugrupowania ludzi, polityków, obywateli, inteligentów, którzy potrafią twierdzić coś akurat przeciwnego. Że prawda jest fałszem, że dobro jest złem, że piękno jest brzydotą, że miłość jest nienawiścią. Gotowe są setki i tysiące ludzi zagłosować przeciwko Polsce, przeciw suwerenności, przeciw Kościołowi Chrystusowemu, przeciw bliźniemu. I taką postawę mogą traktować jako swoje zadanie i posłannictwo. Czym to tłumaczyć? Słabością osobowości, wypraniem mózgu, niechwytaniem odpowiednich fal wyższych wartości, zwyczajnym zaślepieniem? A może to takie zdradliwe zjawisko jakiejś hipnozy społeczno-wychowawczej lub propagandowej? Przypomina się tu zjawisko janczarów. Janczarowie to była gwardia sułtana w Turcji osmańskiej od XIV wieku, składająca się z dzieci i młodzieńców schwytanych w wyprawach tureckich, na początku przeważnie z krajów chrześcijańskich, w tym także i z Królestwa Polskiego, i wychowywanych sterylnie w islamie, właśnie w nienawiści do chrześcijan, do niemuzułmanów, do Polaków. Nie mogli niczego widzieć ani słyszeć, ani rozumieć prócz świata sułtana i islamu. A zatem już bardzo dawno odkryto, że można psychikę ludzką, zwłaszcza dziecka, ukształtować jak plastelinę. Można wymodelować jego osobowość, umysłowość, uczucia, zasady postępowania. I tak powstają różne typy janczarów do dziś. Tworzą ich nurty umysłowe, ideologiczne, propagandy, mody, działania zwyrodnieniowe. Ludzie tak kształtowani myślą nieraz, że posiedli całą mądrość i słuszność, a tymczasem są jak somnambulicy lub obiekty hipnotyzerów. Czymże są wspólnoty hitlerowskie, bolszewickie, różne współczesne spotworkowane przez obłędne kierunki jak nie współczesnymi janczarami, którzy zamordują wszelką wartość i świętość. Jak inaczej wytłumaczyć np. takie zjawisko, kiedy w Rosji na wielką uroczystość państwową potrafi jakiś człowiek nieść w jednej ręce portret Stalina, jednego z największych morderców świata, a w drugiej obraz Chrystusa, Zbawiciela Świata. I osoba ta czci ich obu. *** Takie różne myśli smutne cisną się do głowy, gdy się słucha niektórych mów sejmowych. Kiedyś mówili o takich ludzie normalni: ”Chyba w nich zły duch wstąpił„. Czy nie będzie opamiętania?

 Ks. prof. Czesław S. Bartnik

Niedziela, 29 maja 2016 (19:54) Artykuł opublikowany na stronie:  http://www.naszdziennik.pl/mysl/158899,wzmozenie-ateizacji-polski.html

 

 

 





966. Mieszko, książę Polski, został ochrzczony

 

Jeden z odpisów najstarszego rocznika polskiego, tzw. Świętokrzyskiego Dawnego, zanotował bardzo krótko i sucho fundamentalne dla Polski wydarzenie historyczne i religijne, zarazem w urzędowym wówczas języku łacińskim: „DCCCCLXVI Mysko dux Polonie baptizatur”, co się wykłada na język polski, w tamtych czasach jeszcze niepisany: „966. Mieszko, książę Polski, został ochrzczony”. Ten lakoniczny zapis kronikarski miał oznaczać całe Mysterium Poloniae. Narodzenie się Polski Ta krótka notatka oznacza narodzenie się Polski w sensie historycznym, państwowym, chrześcijańskim i etnicznym, feudalnym. Dla nas, Polaków, oznacza to, że na scenie publicznej Europy i Kościoła katolickiego w średniowieczu pojawiła się nasza Matka i nasza Ojczyzna, której jednak imię dopiero się kształtowało po łacinie, zapewne od plemienia Polan: „Polonia”, „Polenia” czy też „Polania”. Był to już największy kraj Słowian Zachodnich skupiający bardzo pokrewne sobie plemiona o wspólnym pniu językowym: Polan w dolinie Warty, Kujawian, Mazowszan, Pomorzan, Lubuszan po obu stronach Odry, pięć plemion śląskich (Dziadoszanie, Bobrzanie, Ślężanie, Opolanie, Gołęszyce), Lędzian na południowym wschodzie i Wiślan nad górną i środkową Wisłą, tworzących też związek kilkuplemienny. Toteż nasza dziś „jubileuszowa” anamneza biegnie z miłością ku tym wszystkim naszym protoplastom. W wieku IX ukształtowały się dwa główne ośrodki: Polan, zwany później Wielkopolską, i Wiślan, zwany Małopolską. Od połowy IX wieku rządziła Polonią dynastia legendarnego Piasta, „oracza”, „rolnika” (arator) czy „kołodzieja”. Ciekawe, że w legendach prawie wszystkich znaczących państw i królestw na samym początku występuje walka między dobrem a złem, czyli między władcą dobrym a władcą złym. Władcą złym miał być Popiel czy dynastia Popielidów. Zostali oni usunięci, a na ich miejsce Bóg wskazał Piasta jako człowieka dobrego, prostego, pokornego i oddanego Bogu. Mieli to sprawić dwaj posłańcy Boscy, o imionach Jan i Paweł, jakby wieszczący nam św. Jana Pawła II. Za historycznych już władców dynastii piastowskiej przyjmuje się dziś kolejno książąt: Siemowita, Leszka (Lestka), Siemomysła i właśnie Mieszka (księcia w latach ok. 960-992), nazywanego już przez niektórych królem. Ostatnio przyjmuje się, że pierwszym gniazdem Piastowiczów nie było Gniezno, lecz silny gród w Gieczu k. Poznania z IX w., a Gniezno dopiero od roku 940. Przy czym Mieszko, syn Siemomysła, został księciem Gniezna w roku 960, zapewne jako najstarszy z trzech braci. Jest takie ciężkie prawo dziejowe, że prawie każde większe państwo rodzi się w wielkich bólach i we krwi. Toteż żeby państwo mogło się ukształtować, rozwinąć i trwać, potrzebowało silnego przywódcy, odpowiednich środków materialnych i ludzkich i odpowiedniej dyplomacji. Na historyczną sytuację Mieszka składały się ciężkie uwarunkowania: potrzeba utrzymania i rozwoju władzy, konieczność umacniania jedności i spójności międzyplemiennej, a także pozyskiwania nowych plemion, obrona państwa przed potężnymi i okrutnymi Lutykami (Lucicami, Wilkami), bitną grupą plemion połabskich, odpieranie ataków Czechów i Morawian i wreszcie zabezpieczanie księstwa przed margrabiami niemieckimi, czyli takimi „wodzami misyjnymi”, którzy mieli za zadanie szerzyć chrześcijaństwo i ducha europejskiego wśród pogańskich Słowian, nie tylko przez kontakty życiowe, ale też często ogniem i mieczem. Przy tym Niemcy uważali, że ziemie i kultury materialne nie są własnością pogan, lecz są własnością nadaną przez Boga zdobywcom kraju pogańskiego. Było to ogromne nadużycie dokonywane w imię chrześcijaństwa. Zakwestionuje je dopiero Polak, ks. prof. Paweł Włodkowic, na Soborze w Konstancji. O skali zagrożenia ze strony niemieckiej świadczy choćby fakt, że margrabia Marchii Wschodniej Gero (zm. 965) około roku 960 zaprosił 30 plemiennych książąt słowiańskich na ucztę „przyjaźni” i wszystkich ich wymordował (Kronika Widukinda). Mieszko musiał się z nim liczyć. I tak okazał się wytrawnym dyplomatą, człowiekiem opatrznościowym, wybitną osobowością, władcą mądrym, a przede wszystkim obdarzonym wizją Polski jemu „zadanej”. Fakt chrztu Bardzo doniosła była sama idea przyjęcia chrztu i chrześcijaństwa przez Mieszka. Zapewne do państwa Piastów docierali już wcześniej różni przygodni misjonarze, zwłaszcza do kraju Wiślan, ale nie mogłaby być ona zrealizowana przynajmniej bez zgody księcia jako monarchy. I dokonała się w obmyślanym momencie politycznym. Była jednak samodzielna, na co wskazuje wdrażanie jej przez księcia powolne i roztropne, i – jak widać po skutkach – była z inspiracji Ducha Świętego. Książę Mieszko zawarł w pewnym momencie sojusz z chrześcijańskim już księciem czeskim Bolesławem I Srogim i w roku 965 pojął za żonę jego córkę Dobrawę („Dobra”) (zm. 977), bardzo gorącą chrześcijankę – christianissima (Gall Anonim), która stała się apostołką Polski. Wymogła ona na mężu oddalenie siedmiu dotychczasowych żon pogańskich (liczba żon świadczyła o bogactwie Mieszka, bo dar ślubny męża za żonę był bardzo wysoki). W XIX wieku podnoszono nawet sprawę beatyfikacji Dobrawy. Chrzest odbył się w roku 966 – zapewne w Wielką Sobotę, zgodnie z prawem kościelnym, i wypadało to kalendarzowo 14 kwietnia. Ceremonia chrztu odbyła się albo na Ostrowie Lednickim, albo w Poznaniu. Przybyła na nią grupa duchownych z Pragi, a wśród nich kapelan Dobrawy, Iroszkot, benedyktyn, Jordan, który w roku 968 został biskupem w Poznaniu i podlegał bezpośrednio Papieżowi, a nie metropolii magdeburskiej (erygowanej w roku 967), czego chcieli Niemcy. Ale Mieszko zabezpieczał się przed potężnymi i ekspansyjnymi Niemcami jeszcze w inny sposób. Oto gdy jego syn z Dobrawy, Bolesław, ukończył siedem lat, odbyły się postrzyżyny, oznaczające, że chłopiec oddaje się swemu rodowi, ojciec wysłał w roku 973 pukiel włosów Bolesława z Poznania do Rzymu Papieżowi Benedyktowi VI na znak, że książę Polski oddaje swego syna i państwo pod opiekę Stolicy Apostolskiej. Z kolei ok. roku 991, żeby uregulować sytuację prawną państwa, złożył je „w dziedzictwo św. Piotrowi” (Papieżowi Janowi XV), co dawało opiekę papiestwa nad krajem i gwarantowało nienaruszalność granic. Krótkie i niejasne streszczenie tego aktu zachowało się w regestach papieskich z końca XI w. i zaczyna się od słów „Dagome iudex”. Odtąd Polska weszła w orbitę polityczną: papiestwo – cesarstwo i pozostała już na zawsze wierna Rzymowi. Pierwsze owoce polityczne chrztu Chrzest władcy w owych czasach oznaczał cały obszerny i głęboki proces obejmujący życie codzienne, rodzinę, dwór, otoczenie, władców grodów, wojsko, administrację, lud, stosunki międzyplemienne, międzynarodowe i inne. Powoli powstawało nowe państwo, jego duszą stawał się Kościół katolicki. Wieloplemienne i grodowe państwo przechodziło w terytorialne i wkraczało na wielką scenę europejską, wchodziło do rodziny chrześcijańskich państw Europy pozostających pod autorytetem Papieża i w dużej części cesarstwa niemieckiego, które wówczas chciało kontynuować cesarstwo rzymskie. Idee polityczne i państwowotwórcze Mieszka kontynuował z większą jeszcze dynamiką jego syn z Dobrawy, Bolesław Wielki (992-1025), już z formalnym tytułem króla. Bardzo doniosłym wydarzeniem historycznym dla młodego państwa polskiego stał się po męczeńskiej śmierci i kanonizacji św. Wojciecha zjazd gnieźnieński w roku 1000. Uczestniczyli w nim: cesarz Otton III, Bolesław Chrobry, legaci papiescy i delegacja polska, bawiąca na kanonizacji św. Wojciecha w Rzymie, z bratem św. Wojciecha Radzimem Gaudentym, prekonizowanym na arcybiskupa. Legaci odczytali bulle papieskie, uzgodnione z cesarzem, ustanawiające Gniezno jako arcybiskupstwo i metropolię Polski oraz trzy biskupstwa: krakowskie, wrocławskie i kołobrzeskie. Kościół polski stał się niezależny od niemieckiego. Ponadto cesarz wyraził zgodę na koronację Bolesława Chrobrego i w tym celu wręczył Bolesławowi gwóźdź z krzyża Chrystusa i włócznię św. Maurycego jako symbole króla chrześcijańskiego. Bolesława miał przy tym nazwać „bratem i współpracownikiem cesarstwa oraz przyjacielem i towarzyszem ludu rzymskiego”. Jednak z powodu sprzeciwu następnych cesarzy Bolesław mógł koronować się dopiero w roku 1025, natomiast metropolia gnieźnieńska przetrwała jako właściwie prymasowska do czasów Prymasa Józefa Glempa (właściwe stanowiska prymasa o różnych uprawnieniach zniósł Jan Paweł II, idąc za duchem Soboru Watykańskiego II, pozostało tylko prymasostwo honorowe związane z niektórymi metropoliami). Jest też poważna supozycja, że w spotkaniu idealisty Ottona III i Bolesława Chrobrego Wielkiego zabłysła wielka idea polityczna całej Europy. Bardzo wiele mówi iluminowany ewangeliarz bamberski sprzed roku 1015 przedstawiający cztery kobiece alegorie oddające hołd Ottonowi III jako chrześcijańskiemu cesarzowi rzymskiemu zakładającemu królestwo chrześcijańskie. Alegorie te to cztery sukcesywne wielkie państwa chrześcijańskie: Roma, Galia, Germania i Sclavinia (Polonia). Królestwo Polskie zatem miało obejmować i zwierać cały środkowo-wschodni świat europejski, wyrażać niejako bardziej mistyczny świat ewangeliczny, może św. Jana Apostoła, zamykać chrześcijański świat zachodni, dołączając do niego Kościół Słowian i służyć jako pomost do Kościoła Bizantyjskiego. Taką wizję Królestwa Chrześcijańskiego w Polsce próbował realizować Chrobry. Do takiej religijno-politycznej wizji roli Polski nawiązywali faktycznie potem nieraz filozofowie historii Polski. Wizja taka mieści się niewątpliwie w pojęciu chrztu narodu czy królestwa lub państwa. Dlatego indywidualiści chrzcielni dziś zaciekle ją zwalczają. Owoce duchowe Chrzest ma istotne znaczenie dla indywidualnej osoby ludzkiej: gładzi wszystkie grzechy, rodzi do nowego życia, przez które człowiek staje się mistycznie, ale realnie dzieckiem Bożym dzięki więzi z Chrystusem, Synem Bożym, czyni człowieka Świątynią Bożą i daje najwyższą komunię osobową z Trójcą Świętą. Ale chrzest przez to samo ma też z istoty swej strukturę społeczną i społecznorodną. Właśnie wiąże najgłębiej z Trójcą Świętą, z Chrystusem, czyni cząstką Ciała Chrystusa społecznego, tworzy Kościół niewidzialny i zarazem widzialny, a daje kapłaństwo wspólne, chrzcielne, polegające na prowadzeniu na sposób ofiarniczy życia według Ducha i wreszcie umożliwia głębszą jedność i solidarność między wierzącymi i ochrzczonymi wraz z nadzieją na zbudowanie Królestwa Chrystusowego i Królestwa Bożego. Trzeba pamiętać, że choć sama istota chrztu, zarówno w zakresie indywidualnym, jak i społecznym, ma charakter zbawczy i nadprzyrodzony, to jednak wtórnie rzutuje także bardzo znacząco na życie doczesne. Toteż w zakresie społecznym mówi się nie tylko o chrzcie Mieszka jako jednostki, lecz dlatego, iż jako monarcha był kategoryczną formą społeczną, słusznie mówi się także o „narodzie ochrzczonych”, o „chrzcie Narodu Polskiego” czy też po prostu o „chrzcie Polski”. W rezultacie zatem chrzest księcia Mieszka niejako nadał Narodowi w ogóle „imię własne” i tworzy wyższą tożsamość narodową, nadaje mu duchowość chrześcijańską, zwraca oczy także ku transcendencji, doskonali życie moralne, społeczne i kulturowe, a wreszcie nadaje najwyższy sens historii Narodu. Doniosłość chrztu Kształtowanie profilu religijnego, moralnego, społecznego i kulturowego a) Chrzest jako sakrament i związana z nim nauka przyniósł Polsce przede wszystkim rzeczywistość jednego, prawdziwego Boga jako Stwórcy, Zbawcy, Pana historii i Miłości do człowieka. W ślad za tym chrześcijaństwo przynosiło naukę o najwyższej godności człowieka, o sensie życia i historii, o życiu wiecznym, o najwyższych ideach. I od razu umacniało młode państwo, dając mu jedność, zwartość, komunię, umocnienie władzy, ład w rodzinie, monogamię, wiarę w Opatrzność i dobry los, w nieśmiertelność duszy i zmysł wspólnoty. Wydaje się, że religijność Polaków ma do dziś charakter przede wszystkim chrystyczny i ściśle związany z maryjnym, który podkreśla wysoki akcent emocjonalny. Bardzo wczesne było zawołanie: „Jezus, Maryja” – nie tylko jako bojowe, lecz przede wszystkim jako codzienne. Maryja już od XIV w. była uważana za Królową Polski, jak i za Matkę Polski. Przejawiał się w tym miłosny mistycyzm religijności polskiej. b) Doniosłe znaczenie miało przyjmowanie zasad chrześcijańskiej moralności, jakkolwiek jest to zawsze proces długotrwały. Dosyć wcześnie zaczęto odrzucać pogański despotyzm ojca rodziny, wielożeństwo, uśmiercanie przy pogrzebie dostojnika jego żon (lub i niektórych innych bliskich), składanie ofiar z ludzi, prawo pomsty, sprzedawanie ludzi i inne. Chrześcijaństwo natomiast szerzyło idee wielkiej godności człowieka, życie traktowało jako dar Boży i rozwijało na szeroką skalę wszelkie akcje charytatywne. c) Dzięki przyjęciu chrześcijaństwa z Zachodu społeczeństwo polskie wkroczyło w wielowieczny, najdoskonalszy nurt najwyższych kultur świata, przez starożytną Grecję, Rzym, do łacińskiej kultury średniowiecza. Wzięliśmy wynalazki, technikę, naukę, sztukę, wielkie idee, pismo, prawo, filozofię, teologię, systemy edukacyjne, na długo język łaciński, niektóre obyczaje i inne. Między innymi przyjęliśmy cykl tygodniowy ze świętowaniem niedzieli. Nie sposób tu wyliczać całego wkładu Polaków do kultury Europy i świata. Ale warto wymienić kilka zapomnianych niesłusznie naszych postępowych w swoim czasie wielkich idei społecznych i państwowych, które niewątpliwie wynikały z naszego wkroczenia w życie publiczne w duchu chrztu Chrystusowego. Są to: rozwaga, unikanie umysłowych i społecznych ekstremizmów, bez absolutyzmu, bez ateizmu państwowego, „państwo bez stosów” (J. Tazbir), bez wojen religijnych, azyl dla wszystkich prześladowanych w całej Europie średniowiecznej, pełna „demokracja szlachecka”, „Polska otchłanią dla królów, niebem dla szlachty, czyśćcem dla duchowieństwa, piekłem dla chłopów, rajem dla Żydów, kopalnią złota dla kupców” (epitet z XVII w., A. Brückner), gościnność dla wszystkich, pierwszy pełny parlamentaryzm w Europie, zakaz stosowania kary śmierci (dla szlachcica) (1347), zakaz konfiskaty majątku bez wyroku (1422), zakaz łączenia władzy wykonawczej z sądowniczą (1422), zakaz karania bez wyroku (1425), zakaz stanowienia ogólnych praw przez króla bez sejmu (1505), odrzucenie niemieckiej zasady: „czyja władza w regionie, tego religia” (1556), nietykalność ogniska domowego (bez zgody gospodarza) (1588), zrównanie w prawie prawosławnych z katolikami (1341, 1430, 1444), pierwsza w Europie wolność wyznania dla wszystkich wspólnot religijnych (1573), pierwsza w Europie konstytucja (1791). Także zastosowanie ewangelicznej formuły wzajemnego przebaczenia po krwawych wojnach między narodami, jak między Niemcami i Polską: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie” (1965), co bywa już stosowane w szerokim świecie i pozareligijnym, np. między Chinami a Japonią, a św. Jan Paweł II zradykalizował tę regułę w postać przeproszenia w 2000 roku wszystkich ludzi i wszystkie ludy i narody, które ucierpiały niesprawiedliwie od chrześcijan na przestrzeni owych dwóch tysięcy lat. I wreszcie mocna obrona przez Kościół praw człowieka i praw narodu (S. Wyszyński, św. Jan Paweł II) i inne. Wszystko to było wyprowadzane z Ducha chrztu świętego rzutującego na całość życia ludzkiego. d) I wreszcie Polska potraktowała swój Chrystusowy chrzest w wymiarze uniwersalnym jako zobowiązujący do altruistycznego służenia innym ludom i narodom, nie tylko chrześcijańskim, co w roku 1831 wyraziło się w formule: „Za wolność waszą i naszą” (warszawskie wsparcie rosyjskich dekabrystów przeciw despotyzmowi cara). Na przestrzeni historycznej były to m.in.: obrona Litwy przed Krzyżakami i Moskwą, osłona dalszej Europy przed Tatarami (poczynając od wieku XIII), obrona przed Turkami (częste, zwłaszcza odsiecz wiedeńska 1683), przed bolszewikami (1920), przed Sowietami (1944-1956), przed hitleryzmem (1939-1945), przed totalitaryzmem komunistycznym („Solidarność”) i inne. Także nieustanna natchniona działalność polskiej hierarchii i całego Kościoła, w tym i św. Jana Pawła II, broni Naród Polski i inne narody przed tragiczną cywilizacją śmierci. Również w obecnej sytuacji nowej śmiercionośnej ideologii liberalistycznej, relatywistycznej, ateistycznej społecznie i państwowo Duch Święty dany w chrzcie Polski rozpala i rozświeca na cały świat zbawczą prawdę i łaskę Miłosierdzia Bożego, która będzie dziś nową Arką Noego dla ludzkości tonącej w złu (św. Faustyna, św. Jan Paweł II). A nawet Duch chrzcielny, tchniony na Polskę w roku 2015, na proroczych wyborców, na polityków i na nasze władze, czyni Polskę obecną duchową odtrutką społeczno-polityczną dla całego organizmu UE w dziedzinie moralnej i duchowej. Sprawdza się też u nas nauka, że chrzest ma również wymiar misyjny. Duch łagodności polskiej sprawił, że nie nawracaliśmy nikogo ogniem i mieczem. A dziś mamy ponad dwa tysiące naszych misjonarzy, kapłanów, zakonników, sióstr i z daru Bożego świeckich, którzy są posłańcami Chrystusa na cały świat. Ponadto ponad tysiąc kapłanów polskich duszpasterzuje w krajach europejskich do niedawna katolickich, a dziś bardzo religijnie słabnących. Z wielkim rozrzewnieniem patrzyliśmy, jak Duch chrztu działał przepotężnie na całym świecie w osobie św. Jana Pawła II, którego – jak on sam mówił – przygotował i wyposażył Kościół polski i uniwersalistyczna i personalistyczna kultura polska (dotychczasowa). I pewien „bilans” życia Polski ochrzczonej widać także w tym, że mamy od początku do dziś 268 kanonizowanych i beatyfikowanych, nie licząc już ogromnych rzesz najwspanialszych ludzi ze wszystkich stanów, formalnie świętymi nieogłoszonych. Ku przełamaniu kryzysu Trzeba wszakże pamiętać, że już według apostolskich formuł liturgicznych w chrzest uderzały najmocniej siły Złego, co wymagało otwartego odrzekania się diabła. Tak i dziś narzuca się myśl, że chyba nadchodzi moment, kiedy musi nastąpić jakiś chrzest świata, który jest wstrząsany potężnym kryzysem religijnym, moralnym, ideowym i kulturowym. A za tym kryzysem zdaje się kryć zły duch, któremu coraz więcej ludzie dają posłuch. Nie sposób całej problematyki kryzysu streścić, ale – biorąc biblijnie – działania Złego i dziś można sprowadzić do trzech wielkich pokus, jakie stosował diabeł nawet i do Jezusa jako człowieka (Mt 4,1-11; Łk 4,1-13). Są to: 1. Pokusa „przemieniania kamieni w chleb” – jest to pokusa materializmu, w której jest tylko głód materii, przyjemności, pokusa uznania siebie za boga i pokusa wyszydzania Chrystusa i wiary, gdyż u jej podstaw była niewiara w Jezusa jako Boga, co miałoby się pokazać w Jego niemocy przemieniania kamienia w chleb. 2. Druga pokusa to pokusa pychy, pokazywania światu rzekomej swej przeogromnej wielkości, rzekomej niezależności od nikogo i wszechmocy: „aniołowie nosić cię będą” (Mt 4,6), a jednocześnie jest to kuszenie Jezusa w formie przywoływania Go pod sąd: jeśli rzeczywiście jesteś Bogiem, to udowodnij to, pokaż się światu, bo bez ukazania swojej przygniatającej mocy nikt Ci nie uwierzy. 3. I pokusa chciwości, zdobycia „wszystkich królestw świata” (Łk 4,5) za cenę hołdu złożonego diabłu jako bogu, czyli za poddanie się złu moralnemu; „Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie twoje” (Łk 4,7). Jest to sugerowanie, że Bóg odbiera człowiekowi sens świata, radość posiadania i wolność moralną, że człowiek otrzyma „wszystkie królestwa świata oraz ich przepych” (Mt 4,8), jeśli odrzuci istnienie Boga, Jego władzę, przykazania moralne i uzna prymat zła. Dzięki Bogu ogół ochrzczonych Polaków przezwycięża te pokusy i traktuje je tylko jako próby naszej wiary, wartości i wierności łasce chrztu w jej przede wszystkim wymiarze indywidualnym, ale też i społecznym. Okazuje się to szczególnie mocno w kontekście 1050. rocznicy chrztu Mieszka i Polski. Nie mniej przerażająca jawi się nam brzydota Złego w pewnych kręgach ludzi, którzy wprost szaleją, gdy się wiąże duchowo Chrystusa i Jego Kościół z publicznym życiem kraju. Widzimy w tym niestety zwycięstwo Złego. Nie można tej potworności zrozumieć inaczej. Toteż zwycięstwo godne Polaka widzimy tylko w ożywieniu łaski chrztu i w serdecznym powierzeniu całej Ojczyzny miłości i miłosierdziu Chrystusa, Pana historii i naszego Króla, oraz macierzyńskiemu Sercu Maryi, naszej także ponadtysiącletniej Królowej. I tak cała historia Polski staje się najwspanialszym teatrem Bosko-ludzkim, teatrem walki o prawdę, o dobro, o rzeczywistość istnienia, a nie teatrem zła, fałszu i gry w nicość, teatrem zbawienia, a nie gry w ciemność bezsensów. Bóg w historii Oczywiście dzieje Narodu ochrzczonego nie były i nie będą idylliczne. Wręcz przeciwnie, są one zawsze jakieś tajemnicze, zaskakujące, głębokie, a przede wszystkim przemienne: dobre i złe, podniosłe i haniebne, ciche i burzliwe, kojące i torturujące, niosące nadzieję lub desperację, prawdziwe albo fałszywe. Ale mają one mimo wszystko jedno absolutnie pewne odniesienie, którym jest Bóg i nasza relacja do Niego. Toteż nie chcę niczego i nikogo spłycić i zbanalizować w jego historii, w jego egzystencji będącej cudem pokonywania nicości. Jednakże jeżeli chodzi o obecny dar czasu dla Polski, to jedno jest tragiczne i nie do przebaczenia, a mianowicie te wszystkie demoniczne próby tak wielu zbłąkanych Polaków czy obywateli polskich oddania naszego życia, naszej Ojczyzny, cudu naszej osobowości społecznemu Złemu, czyli społecznemu diabłu, którego osadza się jako pana tego świata na miejsce Boga i Chrystusa, „których umysły zaślepił bóg tego świata, aby nie olśnił ich blask Ewangelii” (2 Kor 4,4). Można wytrzymać, że tak bardzo i złośliwie się różnimy, bo jeszcze Ibrahim ibn Jakub w roku 965 zauważył, że jesteśmy ludem bardzo niezgodnym, a gdyby nie to, to ze względu na inne walory bylibyśmy niepokonani. Można ścierpieć, gdy ktoś pluje na Ojczyznę, na Polskę, gdy ktoś ciągle rzuca potwarze na Matkę Kościół, gdy prześladuje naszego współczesnego ewangelizatora krajowego, twórcę wielkich mediów katolickich i polskich, gdy ktoś zieje nienawiścią do wierzących, a mających władzę w kraju… Ale są granice: nie pozwolimy, żeby otwarte siły demoniczne wyrzucały Boga z naszej historii, z naszego życia, z naszej Rodziny Polskiej i żeby zamiast Civitas Poloniae narzucili nam jakąś Civitas diaboli. Co do obecności Boga, Chrystusa, Matki Bożej w całym życiu społecznym i publicznym w Polsce, jeśli nie będziemy w niewoli, to nie będzie żadnego „kompromisu”, nasz kompromis byłby zbrodnią na Chrystusie. Nasza Ojczyzna została ochrzczona, jest ochrzczona i pozostanie ochrzczona w Zmartwychwstałym Jezusie Chrystusie. Drogi Czytelniku, zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym Ks. prof. Czesław S. Bartnik

 

Artykuł opublikowany na stronie: http://www.naszdziennik.pl/mysl/156091,966-mieszko-ksiaze-polski-zostal-ochrzczony.html

 

966. Mieszko, książę Polski, został ochrzczony

 

Jeden z odpisów najstarszego rocznika polskiego, tzw. Świętokrzyskiego Dawnego, zanotował bardzo krótko i sucho fundamentalne dla Polski wydarzenie historyczne i religijne, zarazem w urzędowym wówczas języku łacińskim: „DCCCCLXVI Mysko dux Polonie baptizatur”, co się wykłada na język polski, w tamtych czasach jeszcze niepisany: „966. Mieszko, książę Polski, został ochrzczony”. Ten lakoniczny zapis kronikarski miał oznaczać całe Mysterium Poloniae. Narodzenie się Polski Ta krótka notatka oznacza narodzenie się Polski w sensie historycznym, państwowym, chrześcijańskim i etnicznym, feudalnym. Dla nas, Polaków, oznacza to, że na scenie publicznej Europy i Kościoła katolickiego w średniowieczu pojawiła się nasza Matka i nasza Ojczyzna, której jednak imię dopiero się kształtowało po łacinie, zapewne od plemienia Polan: „Polonia”, „Polenia” czy też „Polania”. Był to już największy kraj Słowian Zachodnich skupiający bardzo pokrewne sobie plemiona o wspólnym pniu językowym: Polan w dolinie Warty, Kujawian, Mazowszan, Pomorzan, Lubuszan po obu stronach Odry, pięć plemion śląskich (Dziadoszanie, Bobrzanie, Ślężanie, Opolanie, Gołęszyce), Lędzian na południowym wschodzie i Wiślan nad górną i środkową Wisłą, tworzących też związek kilkuplemienny. Toteż nasza dziś „jubileuszowa” anamneza biegnie z miłością ku tym wszystkim naszym protoplastom. W wieku IX ukształtowały się dwa główne ośrodki: Polan, zwany później Wielkopolską, i Wiślan, zwany Małopolską. Od połowy IX wieku rządziła Polonią dynastia legendarnego Piasta, „oracza”, „rolnika” (arator) czy „kołodzieja”. Ciekawe, że w legendach prawie wszystkich znaczących państw i królestw na samym początku występuje walka między dobrem a złem, czyli między władcą dobrym a władcą złym. Władcą złym miał być Popiel czy dynastia Popielidów. Zostali oni usunięci, a na ich miejsce Bóg wskazał Piasta jako człowieka dobrego, prostego, pokornego i oddanego Bogu. Mieli to sprawić dwaj posłańcy Boscy, o imionach Jan i Paweł, jakby wieszczący nam św. Jana Pawła II. Za historycznych już władców dynastii piastowskiej przyjmuje się dziś kolejno książąt: Siemowita, Leszka (Lestka), Siemomysła i właśnie Mieszka (księcia w latach ok. 960-992), nazywanego już przez niektórych królem. Ostatnio przyjmuje się, że pierwszym gniazdem Piastowiczów nie było Gniezno, lecz silny gród w Gieczu k. Poznania z IX w., a Gniezno dopiero od roku 940. Przy czym Mieszko, syn Siemomysła, został księciem Gniezna w roku 960, zapewne jako najstarszy z trzech braci. Jest takie ciężkie prawo dziejowe, że prawie każde większe państwo rodzi się w wielkich bólach i we krwi. Toteż żeby państwo mogło się ukształtować, rozwinąć i trwać, potrzebowało silnego przywódcy, odpowiednich środków materialnych i ludzkich i odpowiedniej dyplomacji. Na historyczną sytuację Mieszka składały się ciężkie uwarunkowania: potrzeba utrzymania i rozwoju władzy, konieczność umacniania jedności i spójności międzyplemiennej, a także pozyskiwania nowych plemion, obrona państwa przed potężnymi i okrutnymi Lutykami (Lucicami, Wilkami), bitną grupą plemion połabskich, odpieranie ataków Czechów i Morawian i wreszcie zabezpieczanie księstwa przed margrabiami niemieckimi, czyli takimi „wodzami misyjnymi”, którzy mieli za zadanie szerzyć chrześcijaństwo i ducha europejskiego wśród pogańskich Słowian, nie tylko przez kontakty życiowe, ale też często ogniem i mieczem. Przy tym Niemcy uważali, że ziemie i kultury materialne nie są własnością pogan, lecz są własnością nadaną przez Boga zdobywcom kraju pogańskiego. Było to ogromne nadużycie dokonywane w imię chrześcijaństwa. Zakwestionuje je dopiero Polak, ks. prof. Paweł Włodkowic, na Soborze w Konstancji. O skali zagrożenia ze strony niemieckiej świadczy choćby fakt, że margrabia Marchii Wschodniej Gero (zm. 965) około roku 960 zaprosił 30 plemiennych książąt słowiańskich na ucztę „przyjaźni” i wszystkich ich wymordował (Kronika Widukinda). Mieszko musiał się z nim liczyć. I tak okazał się wytrawnym dyplomatą, człowiekiem opatrznościowym, wybitną osobowością, władcą mądrym, a przede wszystkim obdarzonym wizją Polski jemu „zadanej”. Fakt chrztu Bardzo doniosła była sama idea przyjęcia chrztu i chrześcijaństwa przez Mieszka. Zapewne do państwa Piastów docierali już wcześniej różni przygodni misjonarze, zwłaszcza do kraju Wiślan, ale nie mogłaby być ona zrealizowana przynajmniej bez zgody księcia jako monarchy. I dokonała się w obmyślanym momencie politycznym. Była jednak samodzielna, na co wskazuje wdrażanie jej przez księcia powolne i roztropne, i – jak widać po skutkach – była z inspiracji Ducha Świętego. Książę Mieszko zawarł w pewnym momencie sojusz z chrześcijańskim już księciem czeskim Bolesławem I Srogim i w roku 965 pojął za żonę jego córkę Dobrawę („Dobra”) (zm. 977), bardzo gorącą chrześcijankę – christianissima (Gall Anonim), która stała się apostołką Polski. Wymogła ona na mężu oddalenie siedmiu dotychczasowych żon pogańskich (liczba żon świadczyła o bogactwie Mieszka, bo dar ślubny męża za żonę był bardzo wysoki). W XIX wieku podnoszono nawet sprawę beatyfikacji Dobrawy. Chrzest odbył się w roku 966 – zapewne w Wielką Sobotę, zgodnie z prawem kościelnym, i wypadało to kalendarzowo 14 kwietnia. Ceremonia chrztu odbyła się albo na Ostrowie Lednickim, albo w Poznaniu. Przybyła na nią grupa duchownych z Pragi, a wśród nich kapelan Dobrawy, Iroszkot, benedyktyn, Jordan, który w roku 968 został biskupem w Poznaniu i podlegał bezpośrednio Papieżowi, a nie metropolii magdeburskiej (erygowanej w roku 967), czego chcieli Niemcy. Ale Mieszko zabezpieczał się przed potężnymi i ekspansyjnymi Niemcami jeszcze w inny sposób. Oto gdy jego syn z Dobrawy, Bolesław, ukończył siedem lat, odbyły się postrzyżyny, oznaczające, że chłopiec oddaje się swemu rodowi, ojciec wysłał w roku 973 pukiel włosów Bolesława z Poznania do Rzymu Papieżowi Benedyktowi VI na znak, że książę Polski oddaje swego syna i państwo pod opiekę Stolicy Apostolskiej. Z kolei ok. roku 991, żeby uregulować sytuację prawną państwa, złożył je „w dziedzictwo św. Piotrowi” (Papieżowi Janowi XV), co dawało opiekę papiestwa nad krajem i gwarantowało nienaruszalność granic. Krótkie i niejasne streszczenie tego aktu zachowało się w regestach papieskich z końca XI w. i zaczyna się od słów „Dagome iudex”. Odtąd Polska weszła w orbitę polityczną: papiestwo – cesarstwo i pozostała już na zawsze wierna Rzymowi. Pierwsze owoce polityczne chrztu Chrzest władcy w owych czasach oznaczał cały obszerny i głęboki proces obejmujący życie codzienne, rodzinę, dwór, otoczenie, władców grodów, wojsko, administrację, lud, stosunki międzyplemienne, międzynarodowe i inne. Powoli powstawało nowe państwo, jego duszą stawał się Kościół katolicki. Wieloplemienne i grodowe państwo przechodziło w terytorialne i wkraczało na wielką scenę europejską, wchodziło do rodziny chrześcijańskich państw Europy pozostających pod autorytetem Papieża i w dużej części cesarstwa niemieckiego, które wówczas chciało kontynuować cesarstwo rzymskie. Idee polityczne i państwowotwórcze Mieszka kontynuował z większą jeszcze dynamiką jego syn z Dobrawy, Bolesław Wielki (992-1025), już z formalnym tytułem króla. Bardzo doniosłym wydarzeniem historycznym dla młodego państwa polskiego stał się po męczeńskiej śmierci i kanonizacji św. Wojciecha zjazd gnieźnieński w roku 1000. Uczestniczyli w nim: cesarz Otton III, Bolesław Chrobry, legaci papiescy i delegacja polska, bawiąca na kanonizacji św. Wojciecha w Rzymie, z bratem św. Wojciecha Radzimem Gaudentym, prekonizowanym na arcybiskupa. Legaci odczytali bulle papieskie, uzgodnione z cesarzem, ustanawiające Gniezno jako arcybiskupstwo i metropolię Polski oraz trzy biskupstwa: krakowskie, wrocławskie i kołobrzeskie. Kościół polski stał się niezależny od niemieckiego. Ponadto cesarz wyraził zgodę na koronację Bolesława Chrobrego i w tym celu wręczył Bolesławowi gwóźdź z krzyża Chrystusa i włócznię św. Maurycego jako symbole króla chrześcijańskiego. Bolesława miał przy tym nazwać „bratem i współpracownikiem cesarstwa oraz przyjacielem i towarzyszem ludu rzymskiego”. Jednak z powodu sprzeciwu następnych cesarzy Bolesław mógł koronować się dopiero w roku 1025, natomiast metropolia gnieźnieńska przetrwała jako właściwie prymasowska do czasów Prymasa Józefa Glempa (właściwe stanowiska prymasa o różnych uprawnieniach zniósł Jan Paweł II, idąc za duchem Soboru Watykańskiego II, pozostało tylko prymasostwo honorowe związane z niektórymi metropoliami). Jest też poważna supozycja, że w spotkaniu idealisty Ottona III i Bolesława Chrobrego Wielkiego zabłysła wielka idea polityczna całej Europy. Bardzo wiele mówi iluminowany ewangeliarz bamberski sprzed roku 1015 przedstawiający cztery kobiece alegorie oddające hołd Ottonowi III jako chrześcijańskiemu cesarzowi rzymskiemu zakładającemu królestwo chrześcijańskie. Alegorie te to cztery sukcesywne wielkie państwa chrześcijańskie: Roma, Galia, Germania i Sclavinia (Polonia). Królestwo Polskie zatem miało obejmować i zwierać cały środkowo-wschodni świat europejski, wyrażać niejako bardziej mistyczny świat ewangeliczny, może św. Jana Apostoła, zamykać chrześcijański świat zachodni, dołączając do niego Kościół Słowian i służyć jako pomost do Kościoła Bizantyjskiego. Taką wizję Królestwa Chrześcijańskiego w Polsce próbował realizować Chrobry. Do takiej religijno-politycznej wizji roli Polski nawiązywali faktycznie potem nieraz filozofowie historii Polski. Wizja taka mieści się niewątpliwie w pojęciu chrztu narodu czy królestwa lub państwa. Dlatego indywidualiści chrzcielni dziś zaciekle ją zwalczają. Owoce duchowe Chrzest ma istotne znaczenie dla indywidualnej osoby ludzkiej: gładzi wszystkie grzechy, rodzi do nowego życia, przez które człowiek staje się mistycznie, ale realnie dzieckiem Bożym dzięki więzi z Chrystusem, Synem Bożym, czyni człowieka Świątynią Bożą i daje najwyższą komunię osobową z Trójcą Świętą. Ale chrzest przez to samo ma też z istoty swej strukturę społeczną i społecznorodną. Właśnie wiąże najgłębiej z Trójcą Świętą, z Chrystusem, czyni cząstką Ciała Chrystusa społecznego, tworzy Kościół niewidzialny i zarazem widzialny, a daje kapłaństwo wspólne, chrzcielne, polegające na prowadzeniu na sposób ofiarniczy życia według Ducha i wreszcie umożliwia głębszą jedność i solidarność między wierzącymi i ochrzczonymi wraz z nadzieją na zbudowanie Królestwa Chrystusowego i Królestwa Bożego. Trzeba pamiętać, że choć sama istota chrztu, zarówno w zakresie indywidualnym, jak i społecznym, ma charakter zbawczy i nadprzyrodzony, to jednak wtórnie rzutuje także bardzo znacząco na życie doczesne. Toteż w zakresie społecznym mówi się nie tylko o chrzcie Mieszka jako jednostki, lecz dlatego, iż jako monarcha był kategoryczną formą społeczną, słusznie mówi się także o „narodzie ochrzczonych”, o „chrzcie Narodu Polskiego” czy też po prostu o „chrzcie Polski”. W rezultacie zatem chrzest księcia Mieszka niejako nadał Narodowi w ogóle „imię własne” i tworzy wyższą tożsamość narodową, nadaje mu duchowość chrześcijańską, zwraca oczy także ku transcendencji, doskonali życie moralne, społeczne i kulturowe, a wreszcie nadaje najwyższy sens historii Narodu. Doniosłość chrztu Kształtowanie profilu religijnego, moralnego, społecznego i kulturowego a) Chrzest jako sakrament i związana z nim nauka przyniósł Polsce przede wszystkim rzeczywistość jednego, prawdziwego Boga jako Stwórcy, Zbawcy, Pana historii i Miłości do człowieka. W ślad za tym chrześcijaństwo przynosiło naukę o najwyższej godności człowieka, o sensie życia i historii, o życiu wiecznym, o najwyższych ideach. I od razu umacniało młode państwo, dając mu jedność, zwartość, komunię, umocnienie władzy, ład w rodzinie, monogamię, wiarę w Opatrzność i dobry los, w nieśmiertelność duszy i zmysł wspólnoty. Wydaje się, że religijność Polaków ma do dziś charakter przede wszystkim chrystyczny i ściśle związany z maryjnym, który podkreśla wysoki akcent emocjonalny. Bardzo wczesne było zawołanie: „Jezus, Maryja” – nie tylko jako bojowe, lecz przede wszystkim jako codzienne. Maryja już od XIV w. była uważana za Królową Polski, jak i za Matkę Polski. Przejawiał się w tym miłosny mistycyzm religijności polskiej. b) Doniosłe znaczenie miało przyjmowanie zasad chrześcijańskiej moralności, jakkolwiek jest to zawsze proces długotrwały. Dosyć wcześnie zaczęto odrzucać pogański despotyzm ojca rodziny, wielożeństwo, uśmiercanie przy pogrzebie dostojnika jego żon (lub i niektórych innych bliskich), składanie ofiar z ludzi, prawo pomsty, sprzedawanie ludzi i inne. Chrześcijaństwo natomiast szerzyło idee wielkiej godności człowieka, życie traktowało jako dar Boży i rozwijało na szeroką skalę wszelkie akcje charytatywne. c) Dzięki przyjęciu chrześcijaństwa z Zachodu społeczeństwo polskie wkroczyło w wielowieczny, najdoskonalszy nurt najwyższych kultur świata, przez starożytną Grecję, Rzym, do łacińskiej kultury średniowiecza. Wzięliśmy wynalazki, technikę, naukę, sztukę, wielkie idee, pismo, prawo, filozofię, teologię, systemy edukacyjne, na długo język łaciński, niektóre obyczaje i inne. Między innymi przyjęliśmy cykl tygodniowy ze świętowaniem niedzieli. Nie sposób tu wyliczać całego wkładu Polaków do kultury Europy i świata. Ale warto wymienić kilka zapomnianych niesłusznie naszych postępowych w swoim czasie wielkich idei społecznych i państwowych, które niewątpliwie wynikały z naszego wkroczenia w życie publiczne w duchu chrztu Chrystusowego. Są to: rozwaga, unikanie umysłowych i społecznych ekstremizmów, bez absolutyzmu, bez ateizmu państwowego, „państwo bez stosów” (J. Tazbir), bez wojen religijnych, azyl dla wszystkich prześladowanych w całej Europie średniowiecznej, pełna „demokracja szlachecka”, „Polska otchłanią dla królów, niebem dla szlachty, czyśćcem dla duchowieństwa, piekłem dla chłopów, rajem dla Żydów, kopalnią złota dla kupców” (epitet z XVII w., A. Brückner), gościnność dla wszystkich, pierwszy pełny parlamentaryzm w Europie, zakaz stosowania kary śmierci (dla szlachcica) (1347), zakaz konfiskaty majątku bez wyroku (1422), zakaz łączenia władzy wykonawczej z sądowniczą (1422), zakaz karania bez wyroku (1425), zakaz stanowienia ogólnych praw przez króla bez sejmu (1505), odrzucenie niemieckiej zasady: „czyja władza w regionie, tego religia” (1556), nietykalność ogniska domowego (bez zgody gospodarza) (1588), zrównanie w prawie prawosławnych z katolikami (1341, 1430, 1444), pierwsza w Europie wolność wyznania dla wszystkich wspólnot religijnych (1573), pierwsza w Europie konstytucja (1791). Także zastosowanie ewangelicznej formuły wzajemnego przebaczenia po krwawych wojnach między narodami, jak między Niemcami i Polską: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie” (1965), co bywa już stosowane w szerokim świecie i pozareligijnym, np. między Chinami a Japonią, a św. Jan Paweł II zradykalizował tę regułę w postać przeproszenia w 2000 roku wszystkich ludzi i wszystkie ludy i narody, które ucierpiały niesprawiedliwie od chrześcijan na przestrzeni owych dwóch tysięcy lat. I wreszcie mocna obrona przez Kościół praw człowieka i praw narodu (S. Wyszyński, św. Jan Paweł II) i inne. Wszystko to było wyprowadzane z Ducha chrztu świętego rzutującego na całość życia ludzkiego. d) I wreszcie Polska potraktowała swój Chrystusowy chrzest w wymiarze uniwersalnym jako zobowiązujący do altruistycznego służenia innym ludom i narodom, nie tylko chrześcijańskim, co w roku 1831 wyraziło się w formule: „Za wolność waszą i naszą” (warszawskie wsparcie rosyjskich dekabrystów przeciw despotyzmowi cara). Na przestrzeni historycznej były to m.in.: obrona Litwy przed Krzyżakami i Moskwą, osłona dalszej Europy przed Tatarami (poczynając od wieku XIII), obrona przed Turkami (częste, zwłaszcza odsiecz wiedeńska 1683), przed bolszewikami (1920), przed Sowietami (1944-1956), przed hitleryzmem (1939-1945), przed totalitaryzmem komunistycznym („Solidarność”) i inne. Także nieustanna natchniona działalność polskiej hierarchii i całego Kościoła, w tym i św. Jana Pawła II, broni Naród Polski i inne narody przed tragiczną cywilizacją śmierci. Również w obecnej sytuacji nowej śmiercionośnej ideologii liberalistycznej, relatywistycznej, ateistycznej społecznie i państwowo Duch Święty dany w chrzcie Polski rozpala i rozświeca na cały świat zbawczą prawdę i łaskę Miłosierdzia Bożego, która będzie dziś nową Arką Noego dla ludzkości tonącej w złu (św. Faustyna, św. Jan Paweł II). A nawet Duch chrzcielny, tchniony na Polskę w roku 2015, na proroczych wyborców, na polityków i na nasze władze, czyni Polskę obecną duchową odtrutką społeczno-polityczną dla całego organizmu UE w dziedzinie moralnej i duchowej. Sprawdza się też u nas nauka, że chrzest ma również wymiar misyjny. Duch łagodności polskiej sprawił, że nie nawracaliśmy nikogo ogniem i mieczem. A dziś mamy ponad dwa tysiące naszych misjonarzy, kapłanów, zakonników, sióstr i z daru Bożego świeckich, którzy są posłańcami Chrystusa na cały świat. Ponadto ponad tysiąc kapłanów polskich duszpasterzuje w krajach europejskich do niedawna katolickich, a dziś bardzo religijnie słabnących. Z wielkim rozrzewnieniem patrzyliśmy, jak Duch chrztu działał przepotężnie na całym świecie w osobie św. Jana Pawła II, którego – jak on sam mówił – przygotował i wyposażył Kościół polski i uniwersalistyczna i personalistyczna kultura polska (dotychczasowa). I pewien „bilans” życia Polski ochrzczonej widać także w tym, że mamy od początku do dziś 268 kanonizowanych i beatyfikowanych, nie licząc już ogromnych rzesz najwspanialszych ludzi ze wszystkich stanów, formalnie świętymi nieogłoszonych. Ku przełamaniu kryzysu Trzeba wszakże pamiętać, że już według apostolskich formuł liturgicznych w chrzest uderzały najmocniej siły Złego, co wymagało otwartego odrzekania się diabła. Tak i dziś narzuca się myśl, że chyba nadchodzi moment, kiedy musi nastąpić jakiś chrzest świata, który jest wstrząsany potężnym kryzysem religijnym, moralnym, ideowym i kulturowym. A za tym kryzysem zdaje się kryć zły duch, któremu coraz więcej ludzie dają posłuch. Nie sposób całej problematyki kryzysu streścić, ale – biorąc biblijnie – działania Złego i dziś można sprowadzić do trzech wielkich pokus, jakie stosował diabeł nawet i do Jezusa jako człowieka (Mt 4,1-11; Łk 4,1-13). Są to: 1. Pokusa „przemieniania kamieni w chleb” – jest to pokusa materializmu, w której jest tylko głód materii, przyjemności, pokusa uznania siebie za boga i pokusa wyszydzania Chrystusa i wiary, gdyż u jej podstaw była niewiara w Jezusa jako Boga, co miałoby się pokazać w Jego niemocy przemieniania kamienia w chleb. 2. Druga pokusa to pokusa pychy, pokazywania światu rzekomej swej przeogromnej wielkości, rzekomej niezależności od nikogo i wszechmocy: „aniołowie nosić cię będą” (Mt 4,6), a jednocześnie jest to kuszenie Jezusa w formie przywoływania Go pod sąd: jeśli rzeczywiście jesteś Bogiem, to udowodnij to, pokaż się światu, bo bez ukazania swojej przygniatającej mocy nikt Ci nie uwierzy. 3. I pokusa chciwości, zdobycia „wszystkich królestw świata” (Łk 4,5) za cenę hołdu złożonego diabłu jako bogu, czyli za poddanie się złu moralnemu; „Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie twoje” (Łk 4,7). Jest to sugerowanie, że Bóg odbiera człowiekowi sens świata, radość posiadania i wolność moralną, że człowiek otrzyma „wszystkie królestwa świata oraz ich przepych” (Mt 4,8), jeśli odrzuci istnienie Boga, Jego władzę, przykazania moralne i uzna prymat zła. Dzięki Bogu ogół ochrzczonych Polaków przezwycięża te pokusy i traktuje je tylko jako próby naszej wiary, wartości i wierności łasce chrztu w jej przede wszystkim wymiarze indywidualnym, ale też i społecznym. Okazuje się to szczególnie mocno w kontekście 1050. rocznicy chrztu Mieszka i Polski. Nie mniej przerażająca jawi się nam brzydota Złego w pewnych kręgach ludzi, którzy wprost szaleją, gdy się wiąże duchowo Chrystusa i Jego Kościół z publicznym życiem kraju. Widzimy w tym niestety zwycięstwo Złego. Nie można tej potworności zrozumieć inaczej. Toteż zwycięstwo godne Polaka widzimy tylko w ożywieniu łaski chrztu i w serdecznym powierzeniu całej Ojczyzny miłości i miłosierdziu Chrystusa, Pana historii i naszego Króla, oraz macierzyńskiemu Sercu Maryi, naszej także ponadtysiącletniej Królowej. I tak cała historia Polski staje się najwspanialszym teatrem Bosko-ludzkim, teatrem walki o prawdę, o dobro, o rzeczywistość istnienia, a nie teatrem zła, fałszu i gry w nicość, teatrem zbawienia, a nie gry w ciemność bezsensów. Bóg w historii Oczywiście dzieje Narodu ochrzczonego nie były i nie będą idylliczne. Wręcz przeciwnie, są one zawsze jakieś tajemnicze, zaskakujące, głębokie, a przede wszystkim przemienne: dobre i złe, podniosłe i haniebne, ciche i burzliwe, kojące i torturujące, niosące nadzieję lub desperację, prawdziwe albo fałszywe. Ale mają one mimo wszystko jedno absolutnie pewne odniesienie, którym jest Bóg i nasza relacja do Niego. Toteż nie chcę niczego i nikogo spłycić i zbanalizować w jego historii, w jego egzystencji będącej cudem pokonywania nicości. Jednakże jeżeli chodzi o obecny dar czasu dla Polski, to jedno jest tragiczne i nie do przebaczenia, a mianowicie te wszystkie demoniczne próby tak wielu zbłąkanych Polaków czy obywateli polskich oddania naszego życia, naszej Ojczyzny, cudu naszej osobowości społecznemu Złemu, czyli społecznemu diabłu, którego osadza się jako pana tego świata na miejsce Boga i Chrystusa, „których umysły zaślepił bóg tego świata, aby nie olśnił ich blask Ewangelii” (2 Kor 4,4). Można wytrzymać, że tak bardzo i złośliwie się różnimy, bo jeszcze Ibrahim ibn Jakub w roku 965 zauważył, że jesteśmy ludem bardzo niezgodnym, a gdyby nie to, to ze względu na inne walory bylibyśmy niepokonani. Można ścierpieć, gdy ktoś pluje na Ojczyznę, na Polskę, gdy ktoś ciągle rzuca potwarze na Matkę Kościół, gdy prześladuje naszego współczesnego ewangelizatora krajowego, twórcę wielkich mediów katolickich i polskich, gdy ktoś zieje nienawiścią do wierzących, a mających władzę w kraju… Ale są granice: nie pozwolimy, żeby otwarte siły demoniczne wyrzucały Boga z naszej historii, z naszego życia, z naszej Rodziny Polskiej i żeby zamiast Civitas Poloniae narzucili nam jakąś Civitas diaboli. Co do obecności Boga, Chrystusa, Matki Bożej w całym życiu społecznym i publicznym w Polsce, jeśli nie będziemy w niewoli, to nie będzie żadnego „kompromisu”, nasz kompromis byłby zbrodnią na Chrystusie. Nasza Ojczyzna została ochrzczona, jest ochrzczona i pozostanie ochrzczona w Zmartwychwstałym Jezusie Chrystusie. Drogi Czytelniku, zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym Ks. prof. Czesław S. Bartnik

 

Artykuł opublikowany na stronie: http://www.naszdziennik.pl/mysl/156091,966-mieszko-ksiaze-polski-zostal-ochrzczony.html


 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 






Zdradzieckie drogi Targowicy

 

Jedni historiozofowie głoszą z całą powagą, że „historia się powtarza”, a drudzy z równą pewnością siebie, jak to się dziś mawia: „z całym przekonaniem”, wołają, że „historia się nie powtarza”, bo „panta rei” – „wszystko płynie”. Kto ma rację? Odpowiem zaskakująco: jedni i drudzy. Zależy, co się bierze pod uwagę w złożonym procesie dziejowym. Otóż, „historia się zmienia”, jeśli się bierze pod uwagę stronę czysto zjawiskową, przypadłościową i podmiotową. Po prostu nie powtarza się nigdy ten sam człowiek. Ale też „historia się nie zmienia”, jeśli się bierze pod uwagę naturę ludzką, strukturę bytu, normy uwarunkowania i podstawowe prawa życia i działania oraz ambiwalencję moralną. Spójrzmy na czasy saskie Po śmierci króla Jana III Sobieskiego (1696) nasza demokracja szlachecka zaczęła się wyradzać: brak silnej władzy centralnej, bezrząd, swawola, chaos, upadek moralny, walki o mienie i władzę. Ponad sto lat później wielki filozof niemiecki, wychwalający Prusy, napisze, że Polska to chaos, zamęt i bezprawie. Politycy światlejsi pokładali nadzieję na odrodzenie w nowym królu. Ale na Jakuba, syna Sobieskiego, nie chcieli się zgodzić magnaccy zazdrośnicy polscy. W walce o wielką władzę – tak jest i dziś – zwykle nie ma moralności. Toteż większą rolę odgrywały pieniądze niż walory osobowe kandydata. Pieniądze pomogły wygrać Sasowi, elektorowi Fryderykowi Augustowi (1697-1733). Był on luteraninem, ale dla zdobycia akceptacji katolików – tak się robi i dziś – przeszedł na katolicyzm. Politykę prowadził bynajmniej nie polską, lecz niemiecką, a raczej własną, saską. Między innymi w ukryciu przed naszym sejmem pozwolił elektorowi brandenburskiemu, Fryderykowi, już w r. 1701 przyjąć tytuł króla Prus, przez co wzrastał jego autorytet w Rzeszy Niemieckiej, a jego następcy za kilkadziesiąt lat wzięli udział w rozbiorach Rzeczypospolitej Polskiej. W każdym razie nowy król polski został wnet nazwany sympatycznie „karą Boską” (Feliks Koneczny). Różni propagandyści wykpiwają hasło „Polak katolik”. Ale ta dewiza nie wypływała z ksenofobii – Polacy byli w życiu społecznym zawsze na wszystkich otwarci, jeśli tylko nie byli to ludzie zagrażający naszej wolności. Wspomniane hasło ukształtowały warunki historyczne. Dość pamiętać, że w owych czasach – i właściwie zawsze – naszymi największymi wrogami byli protestanccy Szwedzi, Prusacy i Niemcy oraz prawosławni Rosjanie. Nie było większego problemu, była tolerancja, przyjaźń i współpraca, dopóki nie był zagrożony byt państwowy, zresztą na katolicyzm przechodziła masowo szlachta tamtych wyznań. Ale z chwilą, gdy przez owych ludzi ziemie polskie były atakowane i zagrabiane, a liczni polscy wyznawcy protestantyzmu i prawosławia okazywali się nielojalni wobec państwa polskiego i popierali najeźdźców, narastał wielki problem. Dlatego wielkie nieszczęścia przyniósł brak zmysłu polskiego i katolickiego u króla Augusta II. Wdał się on szybko, wbrew polskiej racji stanu, w wojny ze Szwecją. A gdy Karol XII szwedzki zajął powtórnie niemal całą Polskę i zażądał detronizacji Augusta, zaproponował nagle rozbiór Rzeczypospolitej pomiędzy Saksonię, Brandenburgię i Szwecję. Szczęście, że król szwedzki się nie zgodził, bo chciał zagarnąć całą Polskę. Wtedy August uciekł do Saksonii. Wówczas na króla wybrano Stanisława Leszczyńskiego (1705-1709). Za jego rządów zaczęły się większe próby reform państwa. Między innymi w r. 1709 podkomorzy sandomierski, Stanisław Karwicki, podał projekt ustanowienia przy sejmie „dwóch sędziów”, którzy by oceniali ważność jednostkowego poselskiego veta (F. Koneczny). Byłoby to coś w rodzaju zaczątku Trybunału Konstytucyjnego. Jednak gdy Karol XII poniósł wielką klęskę w Rosji, August powrócił i poczynił różne nowe kroki na niekorzyść Polski. Nie wykonał uchwały powołania owych dwóch sędziów i nie zgodził się na podniesienie wojsk polskich do 70 tysięcy. Na to miejsce sprowadził do Polski wielką ilość wojsk saskich. A kiedy w r. 1715 konfederacja tarnogrodzka wystąpiła przeciwko wojskom niemieckim, bardzo uciążliwym aprowizacyjnie i politycznie, to król polski zwrócił się o pomoc wojskową do cara Piotra Wielkiego. Obaj zażądali, żeby Polska i Litwa razem nie miały więcej wojska niż 24 tysiące, i co więcej: nasz król, rzekomo polski, znów zaproponował rozbiór Polski między Rosjan, Hohenzollernów i Habsburgów, z największą częścią dla siebie, dla Saksonii (F. Koneczny). Car skierował do Polski 18 tys. swojego wojska. Coś analogicznego do rozbiorów stanowią dziś ponawiane wciąż przez nierozumnych polityków unijnych próby podziałów państw na landy. Dla zatwierdzenia układu między królem Polski a carem w sprawach wojsk, ustroju kraju, powstrzymywania swawoli króla i wysokości armii powołano ów nieszczęsny sejm zwany później niemym. Trwał on tylko 6 godzin, 1 stycznia 1717 r. w Warszawie. Traktat został sformułowany pod dyktando Rosji, jak ponad dwa wieki później tzw. manifest lipcowy. Nikt nie mógł zabrać głosu, żeby nie zgłosił liberum veto. Żołnierze pilnowali z nabitą bronią. Posłowie milczeli przez 6 godzin. Marszałek milczenie uznał za zgodę. Była to zapowiedź sejmów w PRL. Najgorsze, że cara uznano za „gwaranta” uchwał i przyjęto protektorat Rosji nad Polską. Bez jej zgody nie można było niczego zmieniać w ustawach i w ustroju państwa. Był to już początek utraty niepodległości i suwerenności Polski. Trudno pojąć, dlaczego życie publiczne i polityczne w Polsce upadło tak nisko. Nastąpił wielki upadek dumy polskiej, jak potem za komuny i za liberalizmu. Zrywy zaciskające więzi Wybitniejsze postacie, niektóre rody magnackie i szlacheckie, a także liczni duchowni, całe zakony męskie i żeńskie dostrzegły śmiertelne choroby społeczne i polityczne i podjęły ratowanie Polski na drodze moralnej, duchowej, kulturalnej, społecznej i religijnej. Ale, paradoksalnie, próby te coraz bardziej obnażały trudne sytuacje i prowokowały wrogów do większych ataków. Za panowania Augusta III (1733-1763) wszystkie sejmy, prócz jednego, były zrywane. Król mieszkał w Dreźnie, w Warszawie urzędował jego minister, pozbawiony jakiegokolwiek talentu. W kraju pogłębiały się tarcia, intrygi, walki, zajazdy, głupota, rozpusta. Słowem: „wolność, demokracja i liberalizm moralny”. Brakowało władzy centralnej, prawa, dyscypliny i idei polskich, jak właśnie za ostatniej koalicji. Jednocześnie przez 40 lat przechodziły przez Polskę obce wojska, wyniszczając gospodarkę i kulturę, jak w wieku XX podczas obu wojen światowych i okupacji. Życie biegło według reguły „za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa”. Za czasów Augusta III wielu patriotów zorientowało się, że klęska się pogłębi, gdy nowym królem będzie znowu cudzoziemiec, niedbający o kraj, człowiek niemoralny. Toteż patriotyczna rodzina Czartoryskich ze swym stronnictwem uznała, że trzeba wybrać Polaka, ale w oparciu o Rosję, która dominowała nad Polską. Stronnictwo Czartoryskich liczyło naiwnie, że Rosja wesprze starania Polski o odrodzenie. Czartoryscy wysunęli kandydaturę swego krewnego, Stanisława Augusta Poniatowskiego, posła polskiego w Petersburgu, ulubieńca carycy Katarzyny (1764-1795). Nie wiedzieli, że zaraz po śmierci Augusta III Rosja i Prusy zawarły układ, żeby w Polsce nie dopuścić do żadnych reform, a podtrzymać „wolność szlachecką”. Już w r. 1766 ambasador rosyjski w Warszawie, książę gen. Nikołaj W. Repnin (1764-1769) zakazał znosić liberum veto, a wojska rosyjskie, wprowadzone w r. 1764, już nie wyszły. Czartoryscy dopiero wtedy zrozumieli swój błąd. Poniatowski też nie nadawał się na króla w tak trudnej sytuacji. Rządziła nim Katarzyna II. Położenie państwa polskiego ciągle się pogarszało. Ogół ciągle bronił „złotej wolności”, choć ta rujnowała życie społeczne i państwowe. Pamiętajmy, że źle rozumiana wolność zawsze niszczy więzy państwowe, solidarność i spójność. Socjalizmy bardzo szybko uznały rząd centralny i państwo za przymus i gwałt. Takie jest prawo marzycielskich utopistów. Toteż i UE na początku starała się osłabić państwo i jego władze. Szeroko głoszono, że nadchodzi era już tylko krain czy landów. Pewien członek PO, mówiący, że u nas „państwo istnieje tylko teoretycznie”, na pewno brał to za krytykę, ale chyba nie wiedział, że taki jest postulat, jeden z głównych, ideologii liberalnej, którą PO wyznaje, chociaż jest to postulat obłędny. Nasza „złota wolność” tamtych czasów jest zazwyczaj traktowana jako coś pozytywnego, ale jako „wolność chaosu i rozpasania” stała się przyczyną naszej zguby. Wolność ma wiele imion. Państwa sąsiednie, które miały przeważnie charakter mniej czy więcej despotyczny, przetrwały owe trudne czasy i nawet się rozwinęły. Rozumiała to dobrze Rosja. Kiedy światli Polacy chcieli umocnić prawa i rządy, to „broniła” tej naszej „wolności” przeciwko reformatorom. Przypomina to od razu ataki naszych sąsiadów i niektórych Amerykanów na reformatorski rząd PiS, rzekomo „totalitarny”. Rosja 23 czerwca 1767 r. doprowadziła do zawiązania konfederacji radomskiej przeciwko reformatorom naszego państwa i na znak wielkiej „życzliwości” caryca przysłała 30 tysięcy wojska przeciwko tymże reformatorom. Za rok sejm musiał wycofać wszystkie reformy, a słaby król dał na to zgodę. Może i niedawna koalicja nasza znała takie rodzaje „dyplomatyczne”, bo podjęła uchwałę, że w razie silniejszych demonstracji patriotycznych i reformatorskich, np. 11 listopada, rząd miałby prawo prosić o pomoc w ich uśmierzaniu siły zagraniczne. Albo dlaczego pewne ośrodki, zwłaszcza liberalne i ateizujące, ustawicznie szkalują patriotów i katolików? Ano, żeby nas skłócić z innymi i osłabić, i możliwie nie dopuścić do rządu. Kiedy za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego odrodzeniowy ruch patriotyczny i katolicki zaczął się mimo wszystko umacniać, w pewnym okresie starano się wywołać w kraju wojnę religijną protestantów i prawosławnych przeciwko katolikom. Wojna protestancka nie udała się, ale prawosławna okazała się straszliwa. Oto kiedy w r. 1768 na Ukrainie w Barze zawiązała się konfederacja pod kierunkiem rodów Krasińskich i Puławskich, żeby usunąć z Polski wojska rosyjskie, emisariusze rosyjscy („zielone ludziki”) zaczęli podburzać prosty lud ukraiński przeciwko Polakom, Kościołowi łacińskiemu i grekokatolikom pod „humanistycznym” hasłem „rezać panów i katolików”, no i dodatkowo Żydów. W tym celu poświęcano noże w cerkwiach. W rzezi humańskiej zamordowano ok. 20 tysięcy ludzi. Hajdamaczyzna (koliszczyzna) objęła województwo bracławskie i kijowskie, a także Podole i Wołyń. Tereny te Rosja przygotowywała do przejęcia. Ale „hajdamacy” mordowali tak okrutnie, że sami Rosjanie wysłali swoje wojsko przeciwko nim. Konfederacja Barska objęła niemal całą Polskę, ale król Poniatowski nie przystąpił do niej. Posłuchał Katarzyny i polecił wojsku polskiemu poprzeć wojska rosyjskie w walce z konfederatami. Król znowu nie wiedział, że w r. 1770 Rosja, Prusy i Austria radziły już nad częściowym rozbiorem Polski. Przy czym Austria nie była tak wroga Polsce, lecz raczej chciała, by Rosja nie urosła za bardzo w siłę. W r. 1772 nastąpił jednak I rozbiór Polski, oczywiście pod hasłem zaborców, że rewindykują ziemie, które kiedyś rzekomo posiadały. Zupełnie jak w r. 1939. Ale w polityce nawet największy rozbój musi być „legalny”, tak jak za komuny. Rozbiór musiał być zatwierdzony przez nasz sejm. Trzeba go było zwołać. Nikt nie chciał jechać. Król wysunął kandydaturę na marszałka Adama Ponińskiego (zm. 1798), jednego z przywódców konfederacji radomskiej, notabene bardzo skorumpowanego, brał on wielkie pieniądze i odznaczenia od zaborców i zagarnął fundusz pojezuicki przeznaczony na oświatę. Zresztą musiał też zdobywać pieniądze na werbowanie posłów, choć zdobył ich tylko 102. Tadeusz Rejtan zaprotestował od razu przeciwko uznaniu zaboru, wykorzystując niezniesione liberum veto. Wysłuchała go tylko grupa, reszta wraz z marszałkiem wyszła z sali poselskiej, zresztą przy pomocy żołnierzy rosyjskich, którzy byli na korytarzu. Mimo wszystko sejm trwał aż dwa lata. Ostatnia sesja odbyła się 11 kwietnia 1775 r. Król ochoczo podpisał akt rozbioru, tyle że ołówkiem, bo ktoś schował kałamarz z atramentem. Bywają takie małe znaki wielkich rzeczy. Pamiętamy, że także przy podpisywaniu traktatu lizbońskiego w r. 2009 wieczne pióro odmówiło naszemu prezydentowi posłuszeństwa. Rozbiór wpłynął na wzmocnienie ruchów odrodzeniowych. W r. 1788 Rosja, prowadząc wojnę z Turcją i Szwecją, nie chciała trzeciej z Polską i wycofała swoje wojska z Polski i Litwy. Nasz król zgodził się na zwołanie wielkiego sejmu reformatorskiego (6 października 1788 – 29 maja 1792). Sejm ten uchwalił Konstytucję 3 maja 1791 r. o wartościach światowych na owe czasy. Przyjmowała ona jako zasadę: suwerenność narodu (jak PiS i Zjednoczona Prawica dziś), trójpodział władzy w państwie, parlament dwuizbowy, tolerancję religijną, duże uprawnienia mieszczan, chłopów wzięto pod ochronę prawa; porządkowała niemal całe życie państwowe i w ogóle wzmacniała państwo. Twórcami tego dzieła byli głównie Stanisław Małachowski, ks. Hugo Kołłątaj i Ignacy Potocki. Całość dzieła streszczała nowoczesna formuła: „Ktokolwiek stanie na ziemi polskiej, wolnym jest”. Nasza reforma była bezkrwawa, podczas gdy we Francji urządzano rzezie. Targowica Król pruski i cesarz niemiecki uznali Konstytucję 3 maja, a Rosja wypowiedziała Polsce wojnę. Ale i część oligarchów polskich przeraziła się, że utraci swoją samowolę i będzie musiała się poddać nowym prawom. Trzej feudałowie: dwaj hetmani – Ksawery Branicki i Seweryn Rzewuski, a trzeci generał artylerii koronnej Szczęsny Potocki udali się do Petersburga – dziś tacy udawaliby się do Brukseli – gdzie przedłożyli carowej projekt przywrócenia dawnego stanu rzeczy i udzielenia pomocy w postaci 60 tys. wojska. Zresztą i sama Katarzyna II postanowiła przywrócić protektorat rosyjski w Polsce. Zdrajcy podpisali akt zdrady w Petersburgu 27 kwietnia 1792 r., a ogłosili z datą 14 maja jako akt konfederacji, w Targowicy, bo dopiero wtedy znaleźli się na skrawku Polski. 1 Przypomina to późniejszy manifest lipcowy. Polacy zdołali zgromadzić tylko 45 tysięcy żołnierzy. A w dodatku król pruski sprzymierzył się z Rosją. Wodzem naczelnym naszego wojska był książę Józef Poniatowski, a przy nim generał Tadeusz Kościuszko. Jeden z dowódców, książę Ludwik Wirtemberski, okazał się zdrajcą. Polacy nie byli dobrze przygotowani militarnie, za mało było wojska i czasu. Stoczono kilka pomyślnych bitew m.in. pod Połonnem, Zieleńcami i Dubienką. Ale tydzień po bitwie pod Dubienką, w lipcu 1792 r., król Stanisław August przystąpił do Targowicy i wydał wojsku rozkaz zaprzestania walk z Rosją. Obawiał się, że caryca zrzuci go z tronu. Przed Kościuszką tłumaczył się, że nie wierzy w zwycięstwo. A targowiczanie, zdobywszy władzę przy pomocy wojsk rosyjskich, zaczęli niszczyć całe dzieło Konstytucji 3 maja i tak obronili swoją „demokrację”. Każdy większy bandytyzm w historii musi zostać „zalegalizowany”. Toteż okupanci, Rosja i Prusy, które się tak bardzo zdradziecko obłowiły, nakazały zalegalizować ich grabież ziem polskich przez nasz Sejm. I dokonał tego Sejm w Grodnie, obradujący w dniach 7 czerwca – 23 listopada 1793 r., co do zaboru rosyjskiego, o zaborze pruskim milczano. Przy czym Rosja nie uważała II zaboru za pełny sukces, bo musiała się podzielić z Prusami. W czasie obrad w Grodnie żołnierze pruscy i rosyjscy przebywali w sali sejmowej z bronią. Podobno przez pierwsze trzy dni i noce przetrzymywali posłów bez jedzenia i spania. A potem przez dwa miesiące na różne sposoby znęcali się nad nimi, aż posłowie pozwolili podpisać rozbiór bez głosowania. Król zgodził się też na rozpuszczenie 30 tysięcy wojsk polskich, a pozostawienie tylko 15 tysięcy. Takie były owoce konfederacji targowickiej. I podobnych owoców chcą dziś politycy udający się do Brukseli, do Ameryki i gdzie indziej z żądaniem, by zabić odrodzeniowe dzieło większości politycznej w Polsce. Jest to coś bardzo tragicznego. Społeczeństwo polskie nie może nie bronić się w sposób w pełni zdecydowany i mocny. Inaczej podzielimy los Polski potargowickiej. Wówczas nie były w stanie uratować wolności Polski nawet najbardziej krwawe powstania: Kościuszkowskie, Listopadowe, Styczniowe, Warszawskie i inne. A podłość złych polityków jest straszliwa. Nie wyobrażaliśmy sobie, że może mieć miejsce i dzisiaj w Polsce. Ile potwornego zła może wyrządzić społeczeństwu, państwu, narodowi trzech egoistycznych i podłych ludzi! *** Nie należy wreszcie lekceważyć także pomniejszych działań przeciwko prezydentowi, premierowi, rządowi, PiS-owi i Zjednoczonej Prawicy, a również i przeciwko wyróżniającym się patriotom i działaczom katolickim. Mogą bowiem przynieść także wiele zła takie rzeczy, jak nieustające i wściekłe ataki słowne i psychologiczne, organizowanie nienawistnych demonstracji (KOD), rozsiewanie kłamstw, oszustw i pomówień, tworzenie atmosfery toksycznej w państwie, ciągłe kalanie gniazda ojczystego, co lubią czynić niektóre gazety i inne pisma, ustawianie dzieci i młodzieży przeciwko Ojczyźnie i wyższym wartościom, zdarzające się niekiedy sabotowanie praw, rozporządzeń i akcji nowych władz, złośliwości niektórych samorządów tak, jakby nowy rząd był nielegalny lub niekompetentny, wyśmiewanie wystąpień z gestami religijnymi prezydenta i władz państwowych, głośne radowanie się w mediach, gdy rządowi się coś nie udało, np. uzyskać stałe bazy NATO w Polsce, ciągłe forsowanie obłędnych idei i praktyk niemoralnych i wiele innych. W ogóle chyba najgorszy jest brak prawdy i życzliwości społecznej. Weźmy jeden przykład. PO bojkotowała totalnie projekt „500+”, a tuż przed uchwaleniem go zaproponowała objąć nim także każde pierwsze dziecko, a nawet wyższą stawkę. Liczni krytycy PO mówili: PO jest sprzeczna ze sobą! Otóż nie zrozumieli oni taktyki podstępu. PO była logiczna, bo w jednym i drugim przypadku chodziło jej o skompromitowanie projektu PiS. W przypadku drugim chodziło o niestracenie poparcia ze strony rodzin i dzieci, bo zgłosiła popularny projekt, a jednocześnie chciała, żeby PiS się skompromitowało przez rozbicie budżetu. Poza tym niewytłumaczalne są częste jakieś zaciemnienia. Na przykład w czasie przemówienia prezydenta w parlamencie i wzmianki o głodujących dzieciach buczeli, a potem mówili niektórzy ludzie z PO, że nie znają ani jednego dziecka głodującego. Tymczasem statystycy informują, że w r. 2014 było w Polsce ok. 900 tysięcy dzieci dotkniętych ubóstwem. Jak polityk może nie mieć o tym wiedzy? Sytuacja jest bardzo groźna. Ale należy się modlić i realizować miłosierdzie w życiu polskim.

Ks. prof. Czesław S. Bartnik


Niedziela, 6 marca 2016
 












 
Liturgia Słowa
2015.05.09-...
Image Detail